• 2020

  • październik
  • wrzesień
  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2019

  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • koniec J

    17 października 2020, 18:08

    O, no i tak oto kolejny mój związek, już nie liczę nawet który, dobiegł końca. Dosyć, po prostu dosyć. Zakończył się tak samo jaki był - zimno, beznamiętnie, bez żadnych emocji, a emocje to coś, co chyba każda kobieta potrzebuje. Nikt nie krzyczał, nikt niczego nie wyjaśniał, powiedziała, że to koniec, on powiedział, ok, i zaczął się pakować. Wypił herbatę, jak coś, to możesz dzwonić, i elo. No kurwa, nawet na koniec nie zdobył się na żadne uczucia, ten człowiek serio ma serce z kamienia. Przyzwoity, porządny, pracujący, niepalący, ogarnięty domowo, z własnym autem, lubi działkę, nawet przystojny i wysoki, zdawałoby się ideał, no ale koniec końców to nie wystarczyło. Serio pojebana jestem, bo nadal myślę o Ogniu z malutką tęsknotą, który tych emocji dawał aż zanadto, ale nie. Naprawdę wolałabym tak coś pośrodku. Ale wygląda na to, że nie nadaję się do związków, bo oczekuję motylków, gdzie 50 za rogiem. Ech, żeby tylko ten J umiał okazać, że mnie lubi, żeby tylko lubił Młodą i Mirkę, ale tu niestety ściana. Nawet nie rozpaczam specjalnie, ale też nie zaczynam szukać niczego innego.

    Jutro w ramach eksperymentu przenoszę się do mamy do piątku, kiedy to przyjedzie Młoda. Zobaczymy jak wyjdzie. Argumenty są za i przeciw. Za - to wstawanie kwadrans później i brak konieczności wożenia psa tam i z powrotem, a przeciw - to naprawdę fatalny zasięg internetowy u mamy. No jest dramat z tym. Może kupię w lombardzie jakiś ruter i do niego będę podłączać telefon, bo transferu mam na tony? Całość będę stawiała gdzieś wysoko, przy oknie, gdzie jeszcze cokolwiek łapie. Trochę karkołomne to rozwiązanie i tymczasowe, gdyby to miało dłużej potrwać to niestety ale muszę u mamy zainstalować internet stacjonarny. Zobaczymy.
    Ciekawa sprawa, że wśród argumentów przeciw nie ma w ogóle możliwości konfliktów z mamą. Nie mogę się nadziwić, jak to wszystko się poukładało. Musiałyśmy obie osiągnąć pewien etap starości, żeby dojrzeć do pokojowego współistnienia. Czemu nie 15 chociaż lat wcześniej...

    Ramię mnie coś boli, tfu, boli tak, że spać czasami nie mogę, poza jedną pozycją, której akurat nie znoszę. Może podnosząc ciężką czarną dupę jednego kundla przy wsadzaniu jej do auta naderwałam sobie coś? Nie daj boże żadnych więcej komplikacji, bo zachorować w obecnych czasach to największy dramat.
    Odpaliłam sobie profil na fejuku, słabo go ogarniam, ale może będę dublowała na razie wpisy. Zobaczymy czy wypali, bo nie będę kryła, że od pewnego czasu osiągnięcia cywilizacji są dla mnie trudne do ogarnięcia. Tak, to starość.

    Na FB O-s Ownlog. Możecie dać znać, że widzicie?

    Komentuj (14)



    Pustkowie

    30 września 2020, 20:08

    O kuuurwa jaka pustka. Takiej pustki nie było nawet na Pustkowiu - cudownym miejscu, gdzie rzutem na taśmę zarezerwowałam pokój dla siebie z pieskiem na 10 dni. Zaczarowała mnie już sama nazwa - jasno sugerująca, czego się można spodziewać. I tak było. Droga dojazdowa na 1 auto wśród lasów. Od tej drogi jeszcze 200 m drogą polną. Na końcu, nad samym jeziorem, stoi dom. Moja, że tak się wyrażę, rezydencja, obejmowała hol, gdzie piesek sobie upodobał spanie, pokój z małżeńskim wyrkiem, łazienką, aneksem kuchennym, własnym tarasem i ogrodzonym terenem, gdzie piesek mógł spokojnie wygrzewać stare kości. Teren jest ogrodzony, ale Mirka i tak leżała sobie poza płotem, pilnując posesji jak rasowy wiejski Burek. Oszczekała złowrogo inkasenta, który wg niej bezprawnie zbliżył się do posesji, chcąc spisać liczniki, oraz terenówkę, która wjechała po odbiór POSORTOWANYCH śmieci. Niedaleko jezioro, ciche i opuszczone, a wokół lasy z PRAWDZIWKAMI!!! pola, sad, zarośla, i nic więcej. No pustkowie. Coś absolutnie wspaniałego. Wzięłam ze sobą suszarkę na grzyby i słoiki i przyprawy, i jeśli tylko mi się chciało, to te grzybki robiłam. A jeśli nie, to nie, i tylko leżałam z książką. Wyzerowanie mózgu totalne, bardzo tego potrzebowałam. A jaki to szok znaleźć w jednym miejscu 10 prawdziwków. A jak pięknie wyglądały klucze żurawi, liczące ze 200 osobników, raz po raz przemierzające niebo. Wieczorem wychodziłam z Mirką na ostatni spacer, akurat księżyca nie było, bo nów, i było tak zapadziście czarno, że może bym się i bała, gdyby nie stoicki spokój psa. A jak rozgwieżdżone niebo! Z oddali było słychać jelenie [czy tam coś] na rykowisku, co to za dźwięk straszny, pierwotny, dziki. odwiedziła mnie Młoda, której Pustkowie również przypadło do gustu, pod warunkiem, że nie mieszałam jej do grzybów. Mirka, całkiem inaczej niż normalny pies, postanowiła tam nie sikać i ograniczała się jak tylko mogła, nie wiem czemu. Martwiło mnie to nieco, ale po powrocie do domu sytuacja wróciła do normy. Ona zawsze była dziwna.

    W każdym razie odpoczęłam sobie nieco, ale na pewno tam wrócę, bo taki wypoczynek jest dla mnie wręcz wymarzony. A potem odwiozłam dziecko na studia. I chociaż można się było tego spodziewać, bo jej półroczna obecność w domu z uwagi na covid była przepięknym darem od losu, to jednak znowu boli. I znowu w domu pustka. Nie do porównania z niczym innym. Pies pełen pretensji do mnie, tak jakbym to ja zniknęła Dziecko.
    Gdzie moje pigułki.

    Komentuj (7)



    Babie lato

    12 września 2020, 09:55

    Z drżeniem serducha czekam na koniec września, bo, mimo wewnętrznych uczelnianych zawirowań, w końcu się okazuje, że zajęcia Młodej są stacjonarne, te laboratoria zwłaszcza w dużej części, bo nie wszystkie, i czas jej wyjazdu po błogim, absolutnie fantastycznym półroczu, zbliża się wielkimi krokami. Próbuję się zastanowić i powspominać, ale co bym nie robiła, to wychodzi na jedno - nigdy, nigdy wcześniej, nie miałam tak wspaniałego, tak beztroskiego okresu w życiu i tak długiego. Oczywiście zawodowo młyn, ale w pozytywnym znaczeniu, ale w domu relaks, zadowolenie, spokój i nawet słabe relacje z J mi tego okresu nie popsuły, zgódźmy się, raj nie istnieje. Mama raczej spokojna i stara się usamodzielniać, nawet ma opiekunkę na godziny, piesek zadbany przez Młodą, byłam odciążona ze wszystkiego co się dało, byłam sobie na działce ile chciałam, spałam długo, [ostatnie dwa tygodnie pomijam, Młoda chcąc odrobić straty na stłuczce Audi pracowała od 6 do 14, ja również, więc pobudka o 4 LOL]. Pogoda była super, mam nowe auto, mam w domu wspaniałą klimatyzację, dzięki której wszyscy przetrwaliśmy, mam w piwnicy zapas słoików z przetworami i papieru toaletowego, JEST PO PROSTU KURWA CUDOWNIE I TO SERIO. To wszystko dało mi szansę wygrzebania się z depresji i problemów psychicznych, czuję się zupełnie inaczej niż rok temu i czuję, że mogę przeżyć kolejne lata. Dziękuję ci Opatrzności, Panie na wysokościach, Losie, Fizyko, Cokolwiek Rządzi Naszym Światem, za tę pandemię.

    Ostatnie tygodnie wakacji będą intensywne. Młoda jedzie do Gdańska szukać pokoju, mamy już na oku kilka miejsc względnie tanich i dobrze skomunikowanych i liczę na pozytywny efekt wycieczki. Potem jedzie do Hanoveru spędzić czas ze swoją przyrodnią siostrą, z którą udało jej się nawiązać bardzo dobry kontakt. Potem ja jadę na tydzień, samiutka jak palec, z pieskiem tylko, do odosobnionego domku nad jeziorem, wśród lasów, gdzie liczę na kosze z grzybami i nadrobienie zaległości w lekturach. Potem Młoda wraca z Niemiec i jedzie do Poznania do przyjaciół. A potem to już jedziemy razem do Gdańska i tak zakończy się ten wspaniały, cudowny etap w życiu. Ja zwyczajnie lubię tego dzieciaka, uwielbiam spędzać z nią czas, mamy podobne poglądy w życiu, uświadamia mi wiele zmian i spraw w życiu, o których nie miałam pojęcia, ale ona nadal uczy się też życia i życia w społeczeństwie ode mnie. Młoda umie mnie uspokoić i wyciszyć jak nikt inny na świecie. Żyjemy w zgodzie i jestem z tego szczęśliwa. Żyję również w zgodzie z mamą, chociaż wiadomo, że ona to raczej umie mnie zagotować jak nikt inny na świecie.

    A wiecie jaka to fajna sprawa, działka? Jakim cudem udało mi się ją kupić tak tanio te dwa z hakiem lata temu, to do dziś uważam za cud. Najbardziej jestem zadowolona, że udało mi się nie zostać niewolnikiem tej działki. Robię na niej co chcę i kiedy chcę - A CHCĘ. Nie przejmuję się, że pomidory są porażką, a trawa wielka - w niej rośnie koniczyna, która jest radością dla pszczół i trzmieli i to jest dla mnie dużo bardziej istotne niż walory estetyczne. Działka to dla mnie wielki plac zabaw i eksperymentów. Miejsce izolacji i radości. Miejsce, które daje mi pewność, że gdyby nastąpił jakiś kataklizm, to jestem w stanie wyhodować sobie marchewkę i kartofle i je zjeść. Aaaa, i paprykę, która od początku kocha moją działkę, to jakiś szok.

    To nara, bo jadę do mamy na kawusię.

    p.s. W tym sezonie również nauczyłam się robić bułeczki drożdżowe z nadzieniem, które są absolutnie fantastyczne w smaku i jak dotychczas zawsze wychodziły. A nigdy dotąd ciasta drożdżowe nie udawały mi się...

    Komentuj (13)



    szukamy stancji w Gdańsku

    24 sierpnia 2020, 19:21

    Ogłoszenie:
    W związku z zarazą niestety Młoda nie dostała akademika, więc czy ktoś z Was ma albo zna albo wie o coś o pokoju do wynajęcia za jakieś przyzwoite pieniądze we względnych okolicach Uniwerku Gdańskiego? Oczywiście rozmaite OLX sprawdzamy, grupy na FB itd, ale wychodzę z założenia, że każdy kanał komunikacji jest dobry. Dziewczyna raczej spokojna, nie pali na pewno, nie pije [prawdopodobnie, bo kto tych studentów tam wie], no i ma moją osobistą gwarancję, że będzie opłacone na czas.

    Nie napisałam wcześniej, ale Burzą zaliczyłam brzydką obcierkę na rondzie, niestety tir uciekł, a nie miałam go jak gonić, zresztą byłam w za dużym szoku. Kamer w okolicy niet, a moja kamera w aucie akurat niefortunnie odłączona, przez fachowca od klimy. Serce mnie bolało strasznie. W końcu kupiłam drzwi i czekają, aż blacharz będzie miał wolne, i miało to być w tym tygodniu. Niestety zdarzyło się, że Młoda tym razem zaliczyła stłuczkę, trąba jedna, audikiem, no i to właśnie on w trybie przyspieszonym musi iść na warsztat. Muszę również liczyć się z dużo większymi wydatkami na Młodej studia. I powiem Wam, że nawet seria tych katastrof finansowych nie jest w stanie zakłócić mojego spokoju i szczęścia. Kurde, jak ja sobie odpoczywam psychicznie. Jak mi dobrze na działce i poza nią. Jak mi dobrze z pogodą i klimatyzacją. Jak mi dobrze, że piesio, chociaż ma gorsze dni, nadal jest pogodną, kochającą sunią, dużo spokojniejszą już i mniej absorbującą.

    J nadal jest, ale denerwuje mnie w sposób tak nie do opisania - no, że właśnie nie jestem w stanie opisać. Nie mam już do niego żadnego uczucia - to serio dobry, porządny i pracowity człowiek, teraz nawet się stara, ale jego prawie półtoraroczna gburowatość i niereagowanie na moje potrzeby czułości i ciepła, wyrażane jasno, prosto i spokojnie sprawiają, że nie jestem w stanie go pokochać, ani żywić do niego żadnego uczucia. Nie i koniec. Serio czekam już na jakąś większą aferę, którą będę mogła wykorzystać przeciwko niemu, bo nawet zerwać z nim normalnie nie mogę - on w sposób wręcz absurdalny ignoruje niemal wszystko, co mówię, na czele z moimi już awanturami i krzykami. Już dwa razy było na ostrzu noża, ale to było oczywiście na ostrzu MOJEGO noża, bo ten człowiek uczuć do urażenia zwyczajnie nie ma. Kiedyś to może to ignorowanie było fajne, teraz już nie jest.
    Ja: "długa perora w stylu jest mi trudno, jesteś dobrym człowiekiem, ale ja sobie nie wyobrażam życia bez czułości, troski, ciepła, którego ty mi nie dajesz chcę czegoś więcej, nie znosisz mojej córki, mojego psa, mojej mamy, i ja już mam dość"
    On: "Słuchaj, a myślałaś o Peugeocie 508? fajny ma kształt"
    Ja: "czy ty mnie w ogóle słuchasz?"
    On: "no słucham, ale myślałem, że już skończyłaś".

    Nie wiem, coś tu jest nie tak, dopuszczam myśl, że to może ja, ale i on na pewno nie jest do końca ok.

    Komentuj (10)



    Epidemia trwa

    15 sierpnia 2020, 19:32

    Kiedy epidemia się rozpoczęła, byłam akurat w delegacji. Pamiętam, że panika i (dez)informacje siały się z każdego radia i praktycznie wracaliśmy autem do innego świata. Jak wszyscy śledziłam newsy z zapartym tchem, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Bałam się jeździć do pracy, ale był to skutek chyba nadmiaru telewizji. Wtedy tych zakażeń naprawdę było niewiele. A jednak fala paniki przetoczyła się przez Polskę. U nas podjęto decyzję, że będziemy dalej pracować. Dużo mi też pomogła rozmowa z mamą, która pozwoliła mi się uspokoić, pisałam już o tym. I od tej pory moje życie ułożyło się wręcz bosko. Mama pojechała do szpitala na turnus rehabilitacyjny, a z uwagi na obostrzenia sanitarne, kontakt z nią był wyłącznie przez balkon szpitalny raz na kilka dni. Już to dało mi wytchnienie. Cały czas jest Młoda w domu. Wspólnie uzgodniłyśmy i nie będę kryła, że to mój pomysł, że w tym roku nie będzie pracować w wakacje. Nadrobiła na studiach wszystkie zaległości. Też ma za sobą cięzkie lata i potrzebuje relaksu. Jej obecność w domu odciąża mnie w sposób wręcz niesłychany. Obowiązki związane z psem, mamą, która po 5 tygodniach wróciła z tego szpitala, z domem - praktycznie dla mnie nie istnieją. Odpoczywam po tych kilku latach, a to w połączeniu z tabletkami i terapią daje mi naprawdę dużo, wracam do stanu, w którym nie byłam już od bardzo dawna. Wiem, że tak nie będzie wiecznie - w końcu Młoda wróci na studia - ale cieszę się tym co jest. A i dla niej to taki fajny prezent od losu - o ile nie będzie miała super bogatego męża, to już nigdy w życiu nie będzie miała pół roku wakacji od wszystkiego, od szkoły, pracy, troski o codzienność. Będzie taki czas sługo wspominała.

    W końcu i ja trafiłam na kwarantannę przez kontakt z chorym, co już w ogóle dopełniło mojego szczęścia. Oczywiście muszę znosić telefony całej zatroskanej rodziny, z sanepidu, wizyty policji, robienie zdjęć, ale to wszystko robię u siebie, leżąc do góry brzuchem. Coraz większym zresztą, bo z mojego pięknego odchudzenia się nie zostało nic. Ale trudno, jebać to. Młoda od 2 miesięcy praktycznie i tak mieszka na działce z psem, obydwie czują się tam przeszczęsliwe. Młoda korzysta z tego, że pies jeszcze jest. Ostatnio nas sunia wystraszyła okropnie krwotokiem z nosa, już serio myślałam, że to koniec, zryczałam się najpierw w google.pl a potem u weta. Ale jest ok, po prostu niektóre naczynka krwionośne są osłabione od starości i pękają.

    Jeszcze tydzień mnie czeka takiej radości w domu :) Jedyne, co mi przykro, że na działce nie jestem, ale Młoda zdaje mi sumiennie relacje strimingowe. Papryka - rewelacja. Ogórki - super. Fasola - mnóstwo. Pomidory, szkoda w ogóle gadać, ostatni raz sadziłam. Kwiatki - no powiedzmy. Malwa, której nasiona kradliśmy z Wujkiem - w końcu zakwitła, pięknie, ciemnobordowo. Jabłek będą tony. Maliny to w ogóle prawie nie rosną. Borówek zatrzęsienie. Cebulka, czosnek ładnie. BAKŁAŻANY! Zasiałam na parapecie, posadziłam, i teraz rośnie ich cała masa, piękne, fioletowe, błyszczące. Oczywiście dałam nimi Młodej powód to toczenia beczki śmiechu z matki. Pamiętając cudowną grę sprzed lat pt Rayman, gdzie główny bohater, stworek bez tułowia, strącał ogromne bakłażany i skacząc na nich pokonywał przeszkody - zapowiedziałam, że ja też będę miała takie wielkie bakłażany, że będę na nich skakać. Młoda do dziś ze śmiechu schodzi, bo ponoć w subkulturach młodzieżowych bakłażan i brzoskwinie to symbole czysto seksualne, a wizja matki skaczącej na bakłażanie jest ponoć komiczna. Co w ogóle mam zrobić z nimi? nie wiem. Marchewka porażka, rzodkiewki, sałata, buraki także. Nie będę ich więcej siać. Trzeba się skupić na tym, co daje miłe oku i podniebieniu efekty. Od jednej pani ze wsi kupowałam koper w dużej ilości, oddała mi w gratisie sadzonki dziwaczków, które chciałam w tym roku zresztą sama robić, ale jakoś nie wyszło. Jak pięknie się przyjęły, chociaż sadzone w lipcu! Śliczne kwiatuszki.

    W międzyczasie doszło do bardzo nieprzyjemniej konfrontacji na tle finansowym z dziećmi Wujka, którym się chyba wydaje, że ja zgarnęłam jakiś majątek po jego śmierci, a tak niestety nie jest, mało tego, co dostałam jako fundusz dla Młodej na studia - oddałam im w całości. Mają chyba do mnie jakiś ukryty żal, od zawsze się obawiałam tego, czego wyraz dał syn Wujka, kiedy warknął do mnie przez telefon, że ja się z jego ojcem bawiłam, a on spłacał jego długi. Z tego co ja pamiętam, był czas, kiedy to wujek spłacał jego długi, mało tego, mama razem z wujkiem wydawali ciężką kasę, aby go wyciągnąć z niemieckiego pierdla za przemyt, ale kto teraz dojdzie jak było, W każdym razie moja wyimaginowana zażyłość z nimi pękła jak nieistniejąca bańka. A zabawą już na pewno nie nazwałabym trzyletniego jeżdżenia z wujkiem pod szpitalach, przychodniach, lekarzach, wożenie go wózkiem, a na koniec znoszenie po schodach przez J, aby spędził z nami parę godzin na działce, chociaż już słaby i umierający.

    Natomiast, ciekawa sprawa, objawiła się, uwaga, bo to trochę moda na sukces, matka drugiej córki mojego byłego męża. Moje podejście od zawsze było takie, że nasza rodzina nie jest duża, więc warto by było, aby Młoda spróbowała nawiązać kontakt z przyrodnim rodzeństwem, bo kiedyś może się okazać, że to jest jej jedyna rodzina. Niestety tamta mama [jedna z czterech matek pięciorga dzieci mojego ex] niby chciała, ale zawsze jakoś nie wychodziło. W końcu chyba jej córka dorosła sama do tego, ze zaczęła dopytywać i cisnąć. Doszło do spotkania i bardzo miłego spędzenia czasu, w sumie gadając z tą dziewczyną czułam, jakbym ją znała od dawna. Natomiast nasze córki, pominąwszy 10-letnią różnicę wieku, cóż. Wyglądają jak klony. Młoda doznała wstrząsu psychicznego, ale takiego dobrego - że nie jest jedynaczką, że ma SIOSTRĘ, I TO JAK PODOBNĄ. Fajnie, oby to się utrzymało.

    Jest mi bardzo miło, że tyle osób o mnie zapytało pod poprzednim wpisem - dziękuję Wam bardzo, za pamięć i troskę. U mnie ok, mam nadzieję, że u Was też. Postaram się częściej pisać.

    Komentuj (15)



    W czasach zarazy

    28 marca 2020, 10:02

    Rany, ile rzeczy się wydarzyło od ostatniego wpisu. W styczniu kolejne dwa razy wracałam do domu na lawecie. Powiedziałam sobie, DOŚĆ. Ileż można. Audi kochane autko, mega komfortowe w jeździe, ale co naprawię jedno, to w każdej chwili może się rozsypać drugie, zwyczajnie, ze starości, i to straszne uczucie, jechać sobie np. z mamą do lekarza i stanąć pośrodku niczego, jeszcze ja jak ja, ale mama to histeria od razu. A ja dojeżdżam do pracy 30 km i muszę mieć sprawne auto. Od jakiegoś już czasu szukałam auta na zmianę. Zdecydowałam się w końcu na coś zupełnie innego niż chciałam, i oto jest ona – BURZA. Peugeot 407 SW, nawet jeszcze niepełnoletni, kawał fury z dość dużym silnikiem – ale tani w eksploatacji i naprawach. Zgódźmy, się, nie jest to luksus, ale na tyle ile mnie stać – to tak. Piękny kolor burzowy, zadbana, sprawdzona przy zakupie i przelizana do ostatniej śrubki. W środku KLIMATYZACJA w końcu!!! I wiele innych cudów cywilizacji, o których nie śniłam nawet, ze są [wciskam guzik i mówię „CALL MAMA” i dzwoni sama do mamy, na głos! :O]. Oczywiście kombi, bo jak inaczej, w gazie i z automatem.

    Automat się przydał jak najbardziej, bo również w styczniu zleciałam ze schodów i odnowiła mi się kontuzja łąkotki [przypominam, operacja w sierpniu 2018]. 5 tygodni na zwolnieniu. Do pracy wróciłam w sam raz, jak się rozpętała epidemia. Pierwsze tygodnie były okropne – narastający chaos, dezinformacja, natłok sprzecznych wiadomości z każdej strony.

    W pracy nas coraz mniej – kto starszy, albo z dzieckiem, to obowiązkowo na zwolnienie lub praca zdalna. Niestety nie łapię się na żadną kategorię. Pracy mnóstwo – robimy te dezynfekanty i te mydła, więc niemal jesteśmy jak służby specjalne, ku chwale ojczyzny je produkujemy bez chwili wytchnienia, bo przecież właśnie się okazało, że trzeba myć ręce. No więc jeżdżę. Zbiegło mi się to oczywiście z bólem źle naprawionego zęba – więc ten stres, zmartwienie, ząb owocowały tak potwornymi bólami głowy, jakich dawno nie miałam. Pomogły dwie rzeczy – wizyta u stomatologa, zresztą byłam przedostatnim pacjentem przed ich totalnym zamknięciem, oraz rozmowa z moją mamą, która widziała moje rozdygotanie i strach. I mówi do mnie tak – „Dziecko. Ja i tak się dziwiłam, że tak długo jest spokój. Zobacz, urodziłam się po wojnie, ale wychowywałam się w ruinach. Wspomnienia i ślady były jeszcze długo żywe. W 1968 byłam wśród studentów w Warszawie – wszyscy się baliśmy, a rodzicie wiedzieli tylko tyle, co w radiu i plotki. W 1981 był stan wojenny, gdzie były czołgi na ulicach i nie było niczego w sklepach. W 1992 zapanował dziki kapitalizm, wszyscy potracili pracę, nie było niczego, a pieniądze były z dnia na dzień warte coraz mniej. I przetrwaliśmy. Dziecko, nie bój się niczego, damy razem radę”. No w sumie racja. Staram się więc odizolować od katastroficznych informacji. Czytam książki. Chodzę na działkę pogrzebać sobie w ziemi. Oglądam zaległe seriale. Głowa pomału przestaje boleć. Oczywiście mam zgromadzony zapas mydła, papieru toaletowego i makaronu i psich konserw dobrej jakości, jakżeby inaczej :D ale bez przesady – nic, co nie mogłoby przetrwać lat.


    Miałam urodziny – od wszystkich w tym roku zażyczyłam sobie pieniędzy w ściśle określonym celu. Dołożyłam troszkę i kupiłam sobie złoty łańcuszek z delikatną przywieszką. Raz, że chciałam mieć, a dwa, jako lokata na przyszłość.


    Z J obchodziliśmy rocznicę znajomości. Jakoś się układa, chociaż oczywiście obecność Młodej, która jest w domu przymusowo, nie pomaga – kocham to dziecko, jest moją najlepszą przyjaciółką, ale jakoś nie może się dogadać z żadnym z moich facetów., Oczywiście zachowuje się nienagannie, ale jej obecność jakoś spina J, który ze swoją córką w podobnym wieku nie ma w zasadzie żadnego kontaktu lub bardzo zły. Cóż, J nadal nie jest moją wielką miłością, raczej rozsądnym rozwiązaniem na ewentualną starość. Szkoda trochę, wolałabym inaczej, bardziej…… ogniście….. ale nie jest najgorzej.


    Parapety zastawione siewkami papryki, pomidorów, kilku kwiatków, na działce wyznaczone grządki pod parę warzyw, ciepło na dworze, słońce i bociany, a pies umożliwia spokojny spacer, chociaż głównie wyprowadza go Młoda w przerwie pomiędzy wykładami online. W ogóle mam taką rozkminę – jak ogromny skok cywilizacyjny taka epidemia może spowodować! Jak się znienacka okazuje, ile rzeczy już można załatwić na odległość! Jednocześnie jest całkiem inaczej, niż człowiek mógłby przewidywać – jest prąd, woda, gaz i internet. Dziwnie jakoś.
    Bądźcie zdrowi i myjcie ręce.

    Komentuj (13)



    chciałabym nowe auto

    10 stycznia 2020, 16:55

    Stary rok skończyłam z przytupem, na lawecie, która zebrała moje biedne Audi po awarii czegoś tam w kole, już zapomniałam czego, ale uniemożliwiło to jazdę o własnych siłach, i cud, że w drugi dzień świąt ktokolwiek z laweciarzy był trzeźwy. Zubożyło mnie to o kolejne 6 stów prawie, więc decyzja o kupnie nowego auta zbliża się wielkimi krokami. Za dużo już to Audi przeżyło. Mam na oku Toyotę Avensis, ale sprzedający nie chce podać daty pierwszej rejestracji, więc VIN nie do sprawdzenia za free. Jutro obejrzę. Chętnie bym też obejrzała jakieś Mondeo, albo Opla Vectrę, albo Subaru Outback. Ewentualnie Hondę Accord. Znalazła się znawczyni… w każdym razie, coś kombi, coś z podgrzewaną szybą przednią i to nie za pomocą nadmuchu, coś z min 150 KM, coś na gaz, coś z automatyczną skrzynią biegów i dobrze by było, jakby z napędem na cztery koła. Ale niekoniecznie. Do 15 tys tak na oko. Jakby coś się Wam rzuciło w oczy to bardzo proszę, bez krępacji.

    Od jakiegoś czasu, kiedy rozpoczął się sezon grzewczy, coś mi dudni. W różnych porach. Tak jakby ktoś za dwiema ścianami robił dyskotekę. Niskie, rytmiczne basy, bardzo uciążliwe. Idzie oszaleć, po paru tygodniach, kiedy wieczorem dudni i dudni, i to jest tak niska częstotliwość, i tak nieregularna – w sensie dudni kwadrans i przestaje. Za ścianą mam kotłownię, a koło niej licznik gazu, który chodzi mega głośno – więc pierwsze podejrzenie padło na niego. Że może rezonuje jakoś na rury, albo nie wiem, uderzenia gazu tak się roznoszą. Ale był wyłączony, a u mnie dudniło nadal, więc szukamy dalej. Już nawet złożyłam zawiadomienie do zarządcy, żeby mi pomógł, bo niby urlop, który miałam, był mocno zaburzony dudnieniem. I to gówno tak się roznosiło, że było słychać tylko w niektórych miejscach domu, nie wszędzie. W piwnicy jest pompa do wód gruntowych, może ona. Nie. Może druga pompa, w łączniku. Nie. Nie pomagał fakt, że raz było słychać, a raz nie. Poza mieszkaniem nie słychać. W końcu posadziłam w domu panów z administracji z kawą, wyłączyłam tv i czekamy, aż się włączy. Kwadrans minął, drugi, JEST. BUM BUM BUM BUM BUM BUM. Chryste, po jakimś czasie słyszę to non stop. Facet siedzi, siedzi, wyszedł do kuchni. Ustało. JAK?
    Lodówkę wyłączyłem.

    Ja od tygodni na rzęsach staję, dygoczę na skraju nerwicy, w ten se po prostu lodówkę wyłącza i działa. Okazuje się, że w kuchni, za ścianą, mam przyczynę. Lodówka za mocno dociśnięta do ściany jakoś tak generowała dźwięki, że się niosło po profilach g-k. Jaką ulgę mi zrobiła ta cisza tego się nie da opisać. A J zdziwiony, kopie sobie grób jeszcze głębiej – o to może ja za bardzo lodówkę docisnąłem.

    Jadę się odstresować na stand up. Socha to hot gościu, zwłaszcza odkąd schudł.

    Komentuj (5)



    Tuż przed Wigilią

    23 grudnia 2019, 18:49

    Jeszcze zapomniałam powiedzieć, że na cmentarzu mnie zamknęli. Z parę tygodni temu. Normalnie, miałam w planach pojechać do Wujka, zmienić baterie w lampionach, zmienić wkłady w zniczach, no ale miałam dużo spraw, zaczęło lać i dopiero koło 19 mi się przypomniało. Więc jadę. Zaparkowałam tuż koło furtki bocznej takiej i idę. Mnie się zdawało, że tam jest jasno, nie wiem, od latarni, czy świeczek, ale jednak nie. To świeciłam sobie komórką, wściekła, że od deszczu mnie się komórka popsuje, i nic mi jakoś nie podpowiedziało, że to durne, wieczorem i w deszczu iść na cmentarz.
    Zmieniłam, zapaliłam, mimo deszczu, popłakałam jak zwykle, zasalutowałam Wujkowi i wracam, potykając się o groby. A tu lipa, furtka zamknięta. Zaczęłam pomstować w myślach, no co za debil zamyka furtkę, jak widzi auto tuż pod cmentarzem, no ale idę do głównej bramy. Która też okazała się zamknięta. No kurde. Trochę mnie to oszołomiło, bo jak to, co teraz. Młoda niby w domu, ale chora bardzo, nie chciałam jej wyciągać, zresztą niby po co. Teraz mi przychodzi go głowy, że może z drabiną z piwnicy. Jednak nie, ten pomysł nie przyszedł mi do głowy. Szczęśliwie brama wjazdowa ma poprzeczne pręty, więc przepchałam torebkę dołem, a sama przelazłam górą i mój ty boże, jaki to musiał być żałosny widok, jak ja, taka gruba klucha, w dresach i grubej kurtce, za ciasnej zresztą, w deszczu, przełażę górą przez bramę cmentarną. Nawet nie przełażę, przeturlowuję się, przelewam, gramolę. Mam nadzieję, że tam nigdzie nie ma monitoringu, ani nic, bo film z mojej akcji momentalnie podbiłby internety, a doprawdy o takim rodzaju sławy nigdy nie marzyłam.

    Na działkę mi się jakiś łachmyta włamał, ale jedyne co zdziałał, to wyrwał furtkę, klamkę do altanki, porwał ceratę na stoli [ki chuj to nie wiem] i nasrał do kibelka, gdzie zresztą także pił i palił. To musiało być cudowne przeżycie. Niezawodny okazał się jak zwykle w takich sytuacjach J, który powiadomiony o nieszczęściu dziwnie znajdował się natychmiast bardzo blisko i przyjechał z wkrętarką i innymi akcesoriami. Dziwny był ten złodziej, na ganku leży luzem metalowy okap kuchenny i radio wisi na ścianie, parę złotych by dostał na skupie, ale nie wziął.

    Tak sobie myślę, czy to nie J się włamał, żeby pokazać jaki jest przydatny. Ale takich durnych pomysłów to nawet on nie ma.

    Durna sprawa, ale myślę o M, który siedzi w więzieniu, znienawidzony przez wszystkich, opuszczony, ze świadomością swojej beznadziejnej sytuacji, zapewne raczej wyrzuty sumienia go nie dręczą, bo jako socjopata takich nie ma, ale na Święta sam, bez paczki. I nie, nie, nie, absolutnie nie mam w planach żadnych kontaktów ani paczek świątecznych, tylko tak sobie myślę, na co mu to było? Po co? Co on sobie myślał, że takie morderstwo się nie wyda? jedno, drugie, trzecie? Kurde, facet niesamowicie inteligentny, mógł mieć każdą kobietę z taką charyzmą.

    To będą pierwsze od chyba 35 lat Święta bez Wujka. Nie mogę tego ogarnąć myślą. Chciałabym, żeby jednak był tu z nami. Żeby przyjechał z mamą, czy nawet sam, w świątecznym, starym, ale eleganckim garniturze, z krawatek, który kiedyś dostał od Młodej i tak nosił na Święta zawsze, z prezentami, nieporadnie, jak to chłop, owiniętymi w papier, zajadający zawsze ze smakiem, cokolwiek nagotowałam, wszystkiego próbujący, ech.

    Spokojnych Świąt Wam życzę.

    Komentuj (7)



    połamama

    17 grudnia 2019, 21:20

    Mama mi się połamała. Jak – nie wiadomo. Weszła już w ten etap starości, że nie chce się tłumaczyć, a może nie pamięta, może zaćmienie, a może się wstydzi. No i niestety już od dawna ma ten przykry zwyczaj, że zamiast zadzwonić po pogotowie, a potem do mnie, to na odwrót – najpierw do mnie. I dopiero ja, jak rzucę wszystko i jadę, to wzywam pogotowie. I za każdym razem ta sama sytuacja. Pogotowie wjeżdża, ogląda posiniaczoną mamę, czasem zakrwawioną – jak teraz, bo uderzyła buzią o kant szafki – i zaczynają się trudne pytania, jasno sugerujące, że mama, jeśli podlega przemocy domowej, powinna to jak najszybciej zgłosić. A mama, zazwyczaj oszołomiona upadkiem, wypadkiem, jakoś nie czuje tej ciężkiej atmosfery i nie widzi potrzeby wyjaśnić, że te siniaki to nie od bicia przez córkę, że bierze leki na rozrzedzenie krwi i każde stuknięcie o drzwi to siniak, a w ogóle to mieszka sama. No ludzie. Już teraz musiałam jej jasno wytłumaczyć, że jak nie zwróci na to uwagi przy, tfu, następnym razem, to na wyjaśnieniach się nie skończy, bo pogotowie ma obowiązek być wyczulonym na takie sytuacje i będzie tak, że dostanę jakąś niebieską kartę na policji czy inny zakaz zbliżania. Komiczna, doprawdy, ironia losu, bo jak wspomnę, jak ja byłam tłuczona za dzieciaka, czego teraz mama bardzo wygodnie nie pamięta, to serio może byłabym usprawiedliwiona.

    Tym razem złamana kość barku i noc na pogotowiu. Wyznaczony termin wszczepienia za tydzień [tzn tydzień temu, bo sam wypadek był dwa tygodnie temu]. Wszczepili endoprotezę, raz na zawsze uniemożliwiając mamie podniesienie ręki na mnie, hehe.

    Święta już od dawna robiłam praktycznie sama, więc nie jest to jakaś nowość, ani zaskoczenie, poza tym w tym roku jest super układ wolnych dni, 4 dni wolnego przed Wigilią, i będę miała 3 tygodnie wolnego kosztem chyba tylko paru dni urlopu. Natomiast tygodniowy pobyt mamy w szpitalu, gdzie musiałam po pracy przebijać się przez zakorkowane miasto, i dopiero po doniesieniu wody, danonków, książek do czytania, pieniędzy na telewizję, bielizny, umyciu mamy po kolejnym krwotoku, mogłam wracać do domu, 35 km, zaznaczam – wykończył mnie fizycznie, tym bardziej, że musiałam skorzystać z mamy nieobecności, wpuściłam tam na dwa dni panią sprzątającą. A wiadomo, że przed sprzątaniem trzeba posprzątać. Psychicznie też łatwo nie było. Teraz muszę do Świąt praktycznie mieszkać u mamy, co trochę utrudnia przygotowania do Świąt, a Młoda dopiero w Wigilię przyjedzie. Dam radę. W tym wszystkim najbardziej jest mi szkoda psa. Miała fajną czteroosobową rodzinę. Tyle czasu. Najpierw mama z Wujkiem się rozstali. Młoda wyjechała na studia i jest gościem w domu. Wujek zmarł :( Teraz jest wożona tam i z powrotem, codziennie rano na spacer i do mamy, tam ją w dzień dwa razy wyprowadza zaprzyjaźniony sąsiad, po 2 zawałach, szczęśliwy, że ma powód do spacerowania, a po pracy zabieram ją na spacer i dopiero do domu. Ale jak mamy nie ma, to siedzi sama w domu. Tzn sąsiad i spacer bez zmian. Ale w międzyczasie sama i pewnie sobie myśli, że stado jej się rozpadło całkiem. Te nocne wyjazdy, pogotowie, wjazdy obcych ludzi, też nie pozostają bez wpływu na psią psychikę. A za tydzień musimy jej wyciąć znowu guza z łapy tym razem.

    J to dobry człowiek. Ale tak bardzo się nie zgadzamy we wszystkim, tak mi nie pasuje jego poczucie humoru, tak mi brak zwykłej codziennej czułości w słowie, mnóstwo niuansów powoduje, że chodzę przy nim wiecznie podminowana, gotowa do zagotowania w 5 sekund, nie śmieję się niemal nigdy przy nim. Ale rynek matrymonialny jest tak potwornie ciężki, że naprawdę… Już wiem, że ktoś nowy nie oznacza automatycznie, że będę szczęśliwa, tak po ludzku.

    Zaciskam zęby, kokodżambo i naprzód. Ale mimo wszystko poszły mi jakieś bezpieczniki. Zaczynam leczenie psychiatryczne i czuję, że trochę zejdzie. A najbardziej na świecie chyba by mi pomógł długi urlop w łóżku, bez konieczności wychodzenia nawet z psem na spacer, robienia nikomu zakupów, robienia prania i najlepiej, żeby nikogo nie widzieć na oczy. NIKOGO.

    Komentuj (7)



    wspomnienie które mrozi krew w żyłach

    13 listopada 2019, 17:33

    Czy ktokolwiek tu jeszcze kojarzy stary blog? A jeśli tak – czy ktoś pamięta niejakiego M – jak Marynarz? Spotykałam się z tym gościem a z 10 lat temu, może więcej, kilkakrotnie, i w sumie zależało mi, aby to jakoś kontynuować. Ale o ile mi na tym zależało, bo gościu był cudowny, ciepły, miły, serdeczny, wspierający, o tyle jemu nie, tłumaczył to, że pływa, gdzieś tam pracuje na statkach, platformach, rzadko bywa i nie chce skazywać swojej kobiety na takie życie. Odzywał się, jak akurat wpłynął, spędzaliśmy upojną noc, a potem znikał. Jako jedyny mężczyzna w moim życiu dał mi zupełnie bezinteresownie 300 zł, kiedy tego bardzo potrzebowałam, bo byłam biedna jak mysz i których zwrotu nie przyjął. Kiedyś jeszcze parę lat temu się odezwał, ale byłam wtedy z Ogniem, który jak prawdziwy menel niemal rozwalił mi telefon, kiedy się dowiedział, kto dzwoni, że jakiś znajomy. A nieważne, taka dygresja.

    I wiecie co?

    Właśnie marynarza aresztowali. Zabił trzy kobiety, a najpierw je okradł z majątku, wyłudził przepisanie na niego mieszkań, po czym zarąbał i zakopał. Jedną po drugiej, rok po roku. I to były JEGO kobiety, partnerki.
    Jak ja to zobaczyłam, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Najpierw skojarzenie, te same inicjały, miasto, zawód, potem gogle grafika, ale mimo paska na oczach, to bez sekundy zwątpienia on. I w miarę jak czytam szczegóły, to serio, dostaję ciarek – jakaś opatrzność musiała nade mną czuwać. Jednak bycie biedną na coś się w życiu przydaje – nie ma tego złego. Ale ja nie mogę wyjść ze zdumienia, on nigdy w życiu nie wziął ode mnie złotówki, kiedyś raz poprosił, żeby go odebrać z lotniska, to nie dość, że zapłacił za paliwo i mój czas, to jeszcze zostawił lodówkę wypchaną po brzegi. Niech mi ktoś powie, że opatrzność nie czuwa nad debilami. W sensie nade mną.

    To już wolę tego gbura nieokrzesanego J, który rozgościł się w moim życiu na dobre i którego w sumie to nawet lubię, bo jest zwyczajnie dobrym człowiekiem i świetnym kochankiem. Zaprosiłam go na Wigilię razem z jego mamą – to będzie dobra okazja, aby nasze mamy się poznały, a poza tym te Święta bez Wujka mogłyby być koszmarne, smutne i bolesne. A tak będziemy sobie w piątkę i nie będzie czasu na płacz i smarkanie w chusteczkę – bo to będą pierwsze Święta bez Wujka, od niepamiętnych lat. Będę o nim zawsze pamiętać, bo odcisnął swoją obecność w całym moim życiu, na działce, w garażu, w mieszkaniu, w rodzinie.

    Między jednym a drugim długim weekendem wzięłam sobie kilka dni wolnego, bardzo już tego potrzebowałam. W lato praktycznie nie miałam wolnego, a co gorsza – dużo więcej obowiązków w pracy. Oczywiście Wszystkich Świętych, więc wyjazd na cmentarze, więc załatwianie spraw i wożenie mamy po bankach i urzędach, ale ostatecznie znalazłam kilka dni na leżenie do góry brzuchem. Miłe uczucie, wielokroć milsze, niż wyjazd dokądkolwiek. Jestem na takim etapie życia, że wycieczki i wyjazdy mnie nie kręcą, a popołudnie na własnej kanapie wydaje się szczytem luksusu.

    Komentuj (23)



    Nie ma Wujka

    06 sierpnia 2019, 17:57

    Ostatni miesiąc był dla mnie bardzo ciężki. Przyjechała do domu na wakacje Młoda, dzika, najeżona i zbuntowana, a nie sprzyjały temu 4 egzaminy na wrzesień. Wujek czuł się bardzo źle. Po zdiagnozowanym nowotworze jelita grubego z przerzutami na wątrobę i stomii wydawało się, że zaczyna jeść i czuć się coraz lepiej, chociaż leczenie szpiczaka zostało odłożone na przyszłość. J go znosił z 3 piętra i przywoził na działkę, gdzie siedział sobie cichutko, czasami podsypiając w altance. Potem wracał na swoje 3 piętro. Aż któregoś weekendu powiedział, że jest zbyt zmęczony i nie jedzie na działkę. I tak go odwiedzałyśmy z Młodą codziennie, ale teraz na dłużej. Podczas ostatniej wizyty w szpitalu, konsylium, dowiedziałam się na osobności, że Wujkowi zostały tygodnie, bo raczej nie miesiące, ale nie mogłam w to uwierzyć. Wujek był coraz słabszy, coraz słabiej kontaktował, coraz rzadziej, a coraz mocniej zwijał się z bólu. I w końcu odszedł. Wczoraj był pogrzeb.

    Straciłam kogoś, kto był przy mnie zawsze, bezwzględnie i lojalnie wspierał, bronił przed mamą, dawał kieszonkowe, pomagał realizować dzikie pomysły, nauczył jeździć i dał auto, był jedynym dziadkiem dla mojej córki, z kim jeździłam na grzyby, spacery, wycieczki, na działkę, dzięki komu Mirka jest z nami, akceptował mój każdy wybór i pomagał poradzić sobie z konsekwencjami. Ja od dłuższego czasu też starałam się być dla niego prawdziwą córką. Od czasu kiedy zachorował, woziłam do lekarzy, przychodni, prześwietlenia, urzędy, jeździliśmy rozrywkowo na giełdę i po sklepach, był zawsze u nas na święta i niedzielne obiady, i sobotnie kawusie z ciastem. Był dla mnie ważny. Kochałam go dużo bardziej niż prawdziwego ojca i mówiłam mu to często. Cieszę się jak cholera, że nie mam sobie nic do zarzucenia, że ceniłam sobie jego bliskość i obecność kiedy jeszcze żył.

    Jego odejście było dla mnie czymś nie do opisania smutnym i żałosnym. Trzymałam go za rękę 4 godziny po śmierci, non stop rycząc – nie był dla mnie trupem, ale nadal moim Wujkiem.

    Po Wujku pozostał chaos finansowy i rodzinny, co sprawiło, że zarządziłam, że zarówno ja, jak i Mama i Młoda, mamy mieć sporządzone wytyczne na wypadek swojej śmierci. Wszystkie szczegóły dotyczące pogrzebu, jak być chowanym, gdzie, czy kremacja, jaki pomnik, jaka muzyka, gdzie stypa, kogo powiadamiać, a kogo nie, jaki strój, gdzie koperta w razie W z hasłami do poczty, profili fb, bankami, aktami notarialnymi itp, czy nosić żałobę, oswajamy się w ten sposób ze śmiercią. Mama jest schorowana, ja dojeżdżam codziennie do pracy drogą śmierci, czasami latam, z Młodą nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście okazało się, że każda z nas ma totalnie odmienne zapatrywania na ten temat i chociaż tak naprawdę to, co się dzieje po śmierci, jest ważne tylko dla tych, co zostają, to jednak miło mieć świadomość, że postępuje się zgodnie z życzeniem Tego Co Odszedł. Gorąco polecam takie narady rodzinne.

    Komentuj (29)



    wakacje na działce

    04 czerwca 2019, 19:39

    Uwielbiam ten moment, kiedy wchodzę na działkę. Inne powietrze. Inny klimat. Inna atmosfera. Inny świat. Spokój w powietrzu. Czas jakby zwalnia, albo przyspiesza, coś magicznego się dzieje. Chcę wejść i zostać.
    Wczoraj po pracy musiałam:
    -jechać do warsztatu
    -jechać do urzędu skarbowego
    -jechać do wujka
    -jechać do budowlanego po płotki i lepy na muchy [u mamy apokalipsa muchowa]
    -jechać do spożywczego po zakupy dla siebie i mamy
    -zrobić u mamy teksańską masakrę psikatorem na muchy, i potem po tej rzezi posprzątać [chryste panie na wysokościach]
    -wyjść z pieskiem
    -POJECHAŁAM NA DZIAŁKĘ

    drzew szum, ptaków śpiew, dzikie gołębie pośród drzew, ciepło i stojące leniwe powietrze

    wyciszyłam się i zaczęłam podlewać, bo przez upał 30 stopni wszystko jakby opadło. Wszystko szło dobrze, dopóki sąsiad nie wydarł się do żony KASIA WŁĄCZ RADIO BO ZARA RYDZYK, ZA DWAJŚCIA SIÓDMA JUŻ!

    Kurde, jak ja chór na 18:45!!! Rzuciłam wszystko, zamknęłam, psa za wsiarz i do domu. Zostawiłam ją tam i na chór. Po chórze się okazało, że kwiatki pod domem zdechły. Szlauch i jazda. Potem przypomniałam sobie, że moja kolej klatkę schodową umyć. Umyłam. Potem padłam plackiem, dopóki sobie nie przypomniałam, że pieska na spacer. No to z pieskiem i na spacer, i byłam coraz bardziej wściekła, czułam się totalnie niedodziałkowana! Mimo, że cały weekend na działce sobie byłam. To tak, jakby mi ktoś dał ćwierć porcji jakiejś tam heroiny czy coś.
    Na okres wakacji pierdolnęłam już siłownię. Coś czuję, że zaraz to samo zrobię z chórem. To jest niemożliwe, żebym ja nie mogła sobie w spokoju wypić kawy do 21 na ganku albo pod jabłonką.

    Macie pojęcie, jak wszystko ruszyło? Pomidory i papryka to jakiś dziki szał. Sadzonki dzielnych aksamitek i cynii, goździki, ogórki w innym foliaku niż pomidory i papryka, fasolka szparagowa, groszek cukrowy, dynia na kompoście, słoneczniki, borówki amerykańskie [3 jagody kamczackie umarły :(], malinowy chruśniak, co i rusz powiększany sadzonkami wyrywanymi z kompostu, gdzie rosną dziko.
    W oczku wodnym zamieszkały dwie żaby, Taylor i Taylor. Miały być Kermit i Jej Córka, ale Młoda stwierdziła, że nie pasuje. Myślę, że zjadły karasie sztuk cztery. Teraz zjadają ślimaki.

    Jabłonka niestety zmarzła. Nie ma szans na jabłkowe eldorado, jak w zeszłym roku, trudno. Za to śliwki, jak w zeszłym roku były nieobecne, tak w tym są wręcz oblepione śliwkami.

    Nic obecnie nie sprawia mi takiej przyjemności jak klęknięcie na macie z haczką i pielenie chwastów z kwiatków, najlepiej gołymi dłońmi całymi w ziemi, nic, nic... no może tylko siedzenie na ganku z kawusią.

    Działka kupiła także J, który sobie na niej zrobił jakiś męski plac zabaw. Co i rusz wymyśla sobie jakieś idee, które potem wciela w życie. Dla mnie super, bo jak robi to nie gada.

    Komentuj (5)



    eurowizja

    22 maja 2019, 18:36

    A wiecie, co ja sobie dziś zrobiłam? Po pracy i po obiedzie pojechałam na działkę, wyrzuciłam kompost i wróciłam do domu z WŁASNYMI RZODKIEWKAMI I WŁASNĄ SAŁATĄ. Uczucie szczęścia nie do opisania, raczej nieadekwatne do znaczenia sytuacji, ale cóż to za dzikie poczucie satysfakcji, MOJE, SAMA ZROBIŁAM I WYHODOWAŁAM, nawet jeśli rzodkiewka to najprostsze warzywo i trudno popsuć jego wysiew. Właśnie jem kanapkę z sałatą i rzodkiewką i lachę kładę na dietę.

    Odnośnie Madonny na Eurowizji. Wiecie, obejrzałam chyba z tysiąc, jak nie więcej, nagrań z jej występów. Madonna nie ma jakiegoś super głosu, ma charakterystyczny, ale niezbyt silny, jej siłą jest niewiarygodna charyzma i umiejętność robienia SHOW. Ale nigdy, przenigdy nie słyszałam w jej wykonania jakichś wielkich fałszów. Like a Prayer śpiewała wszędzie tysiące razy, tego nie sposób sfałszować i nie widzę możliwości, aby osoba tak silnie związana z muzyką od ponad 40 lat, była w stanie tak mylić dźwięki. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to jakiś błąd w odsłuchu. Kiedyś, pamiętam, występowałam z chórem i miałam szczęście śpiewać jako solistka. Jak zaczęłam śpiewać, zorientowałam się, że z głośników wychodzi całkiem co innego, niż śpiewam do mikrofonu, będąc święcie przekonana, że śpiewam dobrze. I był to tak potworny fałsz, że aż przerwałam śpiewanie i zamilkłam, nie mogąc się wpasować głosem, dźwiękiem, tonem, do akompaniamentu z nagrania. Mówię Wam, straszne uczucie.
    Madonna śpiewała już w biegu, do góry nogami, leżąc, klęcząc, okryta szmatami, w każdej pozycji i postaci, zawsze kondycja była jej wsparciem. Nie ma możliwości, aby świadomie tak fałszowała, nie ma i koniec. Ewentualnie druga opcja, Madonna jest ciężko chora, na co wskazuje jej wygląd – twarz opuchnięta, nogi grube jak nigdy wcześniej, ogólnie źle wyglądała. Ja rozumiem, wiek, ale to musiałaby jej się rzucić chyba ćwierć wieku naraz, aby tak oberwać. Może umiera albo coś. Bilety w minimalnej cenie 2900 zł i Londyn już niemal w całości wyprzedany. Paryż zapewne także rozejdzie się w dobę. Ech. Kupię sobie nagranie z koncertu i będę tłukła na bieżni.

    A Tulia. Jak ktoś twierdzi, że to wycie, cepelia i beztalencia, to ja tylko mogę wznieść oczy do góry. Większość miażdżących komentarzy krzyczy w necie o tym, że znowu koko euro spoko wysyłamy, ale to jest wierutna bzdura. Tulia poza strojami ludowymi nie ma NIC WSPÓLNEGO z żadnym folklorem. Biały śpiew, ok. Ale to jest piękne. Melodia cudowna, słowa swietne, teledysk zabawny [„waiting for a star” i rzut kamerą na Stara w tle], dziewczyny piękne, młode i niewiarygodnie utalentowane i gdyby tylko zmieniły stroje, to moim zdaniem, piosenka miała wielkie szanse na wygraną. Nie przedostanie się do finału Eurowizji świadczy wg mnie tylko o pewnym trendzie w Eurowizji, nie mam nic do gejów, serio, ja z tych feminazistek raczej, ale uważam, że promowanie cudacznych strojów, nadwagi, występów rodem z cyrku, jest równie nie na miejscu, co występy pana na czarno z gitara i krzesłem – przegięcie w każdą stronę. Ludzie, niech to będzie święto muzyki, zabawa, miłość, przekaz, a nie mniej lub bardziej fałszywych wizerunków.

    Nie znoszę skrajności i przegięć w żadną stronę. Równie źle reaguję na liżącą się parę homo jak i hetero – na ulicy, bo w domu, to niech każdy robi co chce i wara innym do tego, kto co robi i z kim mieszka.

    Komentuj (9)



    Madonna na siłowni

    16 maja 2019, 21:46

    Siłowni nadal nienawidzę z całego serca. Będę tam chodzić do końca maja, a potem przerwa do października - ja muszę mieć czas na działkę. Mam nadzieję, że do października nie przytyję więcej niż 5 kg. Do chuja pana, całe moje życie to ciągła walka z kilogramami, raz na fali wznoszącej, raz [rzadziej] spadkowej. Że też to nie może się jakoś ustabilizować. Ale za to jakie mnie miłe coś spotkało :) Zawsze chodzę na 19, wtedy już trochę spokoju jest, dla mnie bardziej komfortowo. Ale kiedyś musiałam wcześniej pójść. Na siłce ludzi od groma. No i taki facet z małą dziewczyneczką. Dziewczynka kręci się ostrożnie, coś tam pika na tablecie, rozgląda, a ja niedaleko akurat przechodziłam przez swoje męczarnie - leginsy [już nowe, nieprzezroczyste], koszulka workowata, cała zgrzana i spocona. No i panienka szepcze coś tatusiowi, tatuś mówi, pewnie, możesz spytać. Podchodzi do mnie młoda i pyta z pełną powagą "PROSZEM PANIOM A JAK TO SIĘ TAK ROBI WŁOSY ŻEBY WYGLĄDAĆ JAK KRÓLEWNA? ". Od jakiegoś czasu znowu noszę fryzurę typu białe afro, ale na siłownię, i na co dzień czasem też, spinam je w dwa dobierańce, które potem związuję w precel na głowie. I pomyśleć, że w oczach małej dziewuszki wyglądało to na KRÓLEWNĘ. Boże, aż się wzruszyłam, serio. Nie przypominam sobie, kiedy ktoś mnie ostatnio nazywał królewną, tym bardziej, że serio, bardziej się czułam jak ostatnie pomiotło. Niestety spieszyłam się, a szkoda, bo bym młodej bez problemu zaplotła KRÓLEWNĘ na głowie, więc tylko wyjaśniłam z grubsza co i jak.
    Tęsknię już do wnuków. Chcę zaplatać jakiejś małej dziewczynce precelki i koronę na głowie i żeby ona była jak królewna.

    Siłownię kończę interwałem, ale tylko chodzonym, z uwagi na kolano i nadwagę, a to jest zwyczajnie nudne. Więc umilam sobie oglądając koncerty mojej idolki Madonny. Co to za wspaniała kobieta, showmanka, piosenkarka, jakiej nigdy nie było i nie będzie - nie ma sobie równych. Nie ma nikogo, kto by jej dorównał w jakości przedstawienia, w choreografii, w aranżacjach, w kontakcie z widownią i tancerzami, w niewiarygodnej kondycji. Swego czasu była obiektem skandali - ale raczej zawsze były związane z nagością, seksem, czasem kościołem - ale nie pamiętam, aby kiedyś chodziło o alkohol czy narkotyki. Nie pamiętam, aby ktoś ją nienawidził, wygrażał. Są ludzie, którzy nie lubią jej muzyki - i ok, każdy ma swój gust. Ale na serio nie można jej odmówić pracowitości, siły, formy, talentu do sławy i zamieszania. Byłam na jej pierwszym koncercie w Polsce - i przysięgam tu i teraz - będę na najbliższym, jaki kiedykolwiek będzie - tu czy w Berlinie. I to wezmę najdroższy bilet, żebym nawet miała się żywić wyłącznie przetworami z działki, a do roboty jeździć pociągiem dwa miesiące. Ale być blisko i widzieć Królową z bliska. Bo to jest Królowa popu. Ileż hitów nagrała! Jak nikt nigdy wcześniej i przypuszczam, już nikt później. Ilu wykonawców jest w stanie skupić publiczność na sobie dwie godziny koncertu? Większość koncertów teraz to składanki, gdzie każdy artysta wykonuje po kilka piosenek i następy. A Madonna 2 godziny trzyma wszystkich w szachu i napięciu.

    Zerknijmy na jej stronę.
    The Madame X Tour will kick off September 12th at the BAM Howard Gilman Opera House in New York and will feature multiple nights of shows in each city including performances at the Chicago Theatre, The Wiltern in Los Angeles, the Colosseum at Caesars Palace in Las Vegas, the Boch Center Wang Theatre in Boston, The Met Philadelphia and at the Fillmore Miami Beach at the Jackie Gleason Theatre in 2019. The Madame X Tour will then resume in early 2020 with performances at the Coliseum in Lisbon, the Palladium in London and at the Grand Rex in Paris.

    Hm. Wrzesień Chicago raczej odpada, z tego co wiem, to raczej ojciec wybiera się do Polski koło września właśnie.
    Zostaje Londyn albo Paryż. Dlaczego nie Niemcy :/
    No muszę to jakoś ogarnąć i już.

    Z wujkiem bardzo źle. Nawrót szpiczaka, resekcja końcówki jelita grubego, stomia, przerzuty na wątrobę. Kolejne wizyty w szpitalu, zabiegi. Tym razem zajmuje się nim głównie jego córka, ale staram się ją wspierać jak mogę, zresztą codziennie u nich jestem zrobić wujkowi zastrzyk, bo córka nie radzi sobie z tym akurat. Tego tematu boję się poruszać w nawet myślach, ale muszę dopuścić do siebie opcję, że to się różnie może skończyć. Jeszcze mi nikt nigdy z rodziny nie umarł, nikt bliski. A tu wokół same choróbska, tu wujek, kuzynka bliska, teraz się dowiedziałam, że inny wujek, też mi dość bliski, ech. To może być trudny emocjonalnie rok.


    Komentuj (3)



    takie tam działkowe sprawy

    29 kwietnia 2019, 20:43

    Układa się, wiecie? Nie wiem, jak to się dzieje, bo facet nadal potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki dwoma słowami albo nawet ich brakiem, ale jakoś tak potem bez problemu rozchodzi się po kościach, w czym wydatnie pomaga lwia robota, jaką J robi na działce, moim cacuszku, moim sanktuarium ukochanym. Rok temu właśnie ją kupowałam :) Ostatnio zdjęcia oglądałam, które robiłam, aby podstępem przekonać mamę, że to ona powinna przekonać mnie do jej zakupu. Co za spektakularna zmiana. J jest lekko zbulwersowany moim podejściem pt "NIC NIE MUSZĘ", bo on uważa, poniekąd słusznie, że działka jest od tego, żeby na niej robić, dostaje więc szału jak widzi mnie z nogami na stole. Rzadko się to zdarza, ale robię to celowo, żeby go przyzwyczaić do tego widoku, latem będę tak często robić. Przy czym szał w jego wydaniu wygląda tak, że w sumie nie wygląda. Bo to spokojny człowiek, tylko ma dziwne poczucie humoru. Myślę, że zostaniemy razem na dłużej.

    J przedstawiony i zaakceptowany przez wszystkich, wkurza tylko mnie. I trochę Młodą, ale to dlatego, że ona jest wyjątkowo, silnie lojalna i wyczuwa wszystko to, co ja. Ale też wie doskonale, że jej akceptacja mojego wyboru jest w jej dobrze pojętym interesie. Schodzę jej z głowy ze wszystkimi cięższymi obowiązkami, a przede wszystkim ze swoją opiekuńczością, dotychczas cała moja uwaga skupiała się głównie na niej, teraz jej odpuszczam i ma spokój. Do tego stopnia, że wolałam jej i jej chłopakowi wykupić w prezencie na imienino-dzień dziecka majówkę nad morzem, żeby mieć dom dla siebie, zamiast ją mieć dla siebie w domu i otaczać chmurką maminej miłości i troski. Swoją drogą, co za cudowne uczucie, mieć w końcu oszczędności tak, żeby móc ot tak zapłacić za majówkę w prezencie, a wiadomo, że dzieci gołych i głodnych nie puszczę.

    Ale żeby sobie kupić nowy telefon, bo stary padł, to mi żal kasy jakoś.

    Na siłownię będę chodziła tylko do końca maja. Był taki jeden upalny dzień w kwietniu, i na siłowni nieomal zeszłam z tego świata. Ja nie daję rady ćwiczyć w takim upale, bo zwyczajnie słabnę, a poza tym muszę mieć czas na działkę. Na razie zeszło 12 kg, może do końca maja [o ile J zaprzestanie piec te przeklęte serniki, w których jest mistrzem] zejdzie jeszcze ze 2 i postaram się to utrzymać przez wakacje, i wtedy od października znowu zacznę.

    Na działce stoi foliak [dzieło J rzecz jasna]. Eksperymentalnie posadziłam tam 5 sadzonej pomidorów i 5 papryk. W stosunku do domowych rozwijały się fantastycznie, aż do dzisiejszej nocy. Były zapowiadane przymrozki, ale zgodnie ze swoją zasadą, że życie nie jest dla słabych, zostawiłam je bez przykrycia i niestety dzisiejszej nocy nie przetrwały. Na szczęście mam jeszcze ok 15 sadzonek papryk i ze 100 pomidorów, poza tym aksamitki, ogórki, cynie, begonie, sałatę i kilka bliżej niezidentyfikowanych tacek z siewkami "na pewno nie zapomnę, co tam jest", po czym zapomniałam i są one dla mnie zagadką. Posadzę i tak. Dziwnym trafem wszystko mi rośnie, pod warunkiem, że nie ma przymrozków. No trzy jagody kamczackie chyba się nie przyjęły, ale i tak je zostawię.

    Agresty rosną, morele rosną, objawiła się jednak morela, malin bez liku, borówki amerykańskie kwitną, rzodkiewka, marchewka, sałata, groch cukrowy skiełkował, fasolka szparagowa, moja miłość, posiadana w zgrabnej grzędzie, nie powiem, przez kogo skonstruowanej, kapusta i brokuły, uwielbiam się bawił w działkowca :)

    Koniec urlopu, czas wracać do pracy. Ale po pracy i chórze i siłce działka.

    Komentuj (7)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit