• 2019

  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • eurowizja

    22 maja 2019, 18:36

    A wiecie, co ja sobie dziś zrobiłam? Po pracy i po obiedzie pojechałam na działkę, wyrzuciłam kompost i wróciłam do domu z WŁASNYMI RZODKIEWKAMI I WŁASNĄ SAŁATĄ. Uczucie szczęścia nie do opisania, raczej nieadekwatne do znaczenia sytuacji, ale cóż to za dzikie poczucie satysfakcji, MOJE, SAMA ZROBIŁAM I WYHODOWAŁAM, nawet jeśli rzodkiewka to najprostsze warzywo i trudno popsuć jego wysiew. Właśnie jem kanapkę z sałatą i rzodkiewką i lachę kładę na dietę.

    Odnośnie Madonny na Eurowizji. Wiecie, obejrzałam chyba z tysiąc, jak nie więcej, nagrań z jej występów. Madonna nie ma jakiegoś super głosu, ma charakterystyczny, ale niezbyt silny, jej siłą jest niewiarygodna charyzma i umiejętność robienia SHOW. Ale nigdy, przenigdy nie słyszałam w jej wykonania jakichś wielkich fałszów. Like a Prayer śpiewała wszędzie tysiące razy, tego nie sposób sfałszować i nie widzę możliwości, aby osoba tak silnie związana z muzyką od ponad 40 lat, była w stanie tak mylić dźwięki. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to jakiś błąd w odsłuchu. Kiedyś, pamiętam, występowałam z chórem i miałam szczęście śpiewać jako solistka. Jak zaczęłam śpiewać, zorientowałam się, że z głośników wychodzi całkiem co innego, niż śpiewam do mikrofonu, będąc święcie przekonana, że śpiewam dobrze. I był to tak potworny fałsz, że aż przerwałam śpiewanie i zamilkłam, nie mogąc się wpasować głosem, dźwiękiem, tonem, do akompaniamentu z nagrania. Mówię Wam, straszne uczucie.
    Madonna śpiewała już w biegu, do góry nogami, leżąc, klęcząc, okryta szmatami, w każdej pozycji i postaci, zawsze kondycja była jej wsparciem. Nie ma możliwości, aby świadomie tak fałszowała, nie ma i koniec. Ewentualnie druga opcja, Madonna jest ciężko chora, na co wskazuje jej wygląd – twarz opuchnięta, nogi grube jak nigdy wcześniej, ogólnie źle wyglądała. Ja rozumiem, wiek, ale to musiałaby jej się rzucić chyba ćwierć wieku naraz, aby tak oberwać. Może umiera albo coś. Bilety w minimalnej cenie 2900 zł i Londyn już niemal w całości wyprzedany. Paryż zapewne także rozejdzie się w dobę. Ech. Kupię sobie nagranie z koncertu i będę tłukła na bieżni.

    A Tulia. Jak ktoś twierdzi, że to wycie, cepelia i beztalencia, to ja tylko mogę wznieść oczy do góry. Większość miażdżących komentarzy krzyczy w necie o tym, że znowu koko euro spoko wysyłamy, ale to jest wierutna bzdura. Tulia poza strojami ludowymi nie ma NIC WSPÓLNEGO z żadnym folklorem. Biały śpiew, ok. Ale to jest piękne. Melodia cudowna, słowa swietne, teledysk zabawny [„waiting for a star” i rzut kamerą na Stara w tle], dziewczyny piękne, młode i niewiarygodnie utalentowane i gdyby tylko zmieniły stroje, to moim zdaniem, piosenka miała wielkie szanse na wygraną. Nie przedostanie się do finału Eurowizji świadczy wg mnie tylko o pewnym trendzie w Eurowizji, nie mam nic do gejów, serio, ja z tych feminazistek raczej, ale uważam, że promowanie cudacznych strojów, nadwagi, występów rodem z cyrku, jest równie nie na miejscu, co występy pana na czarno z gitara i krzesłem – przegięcie w każdą stronę. Ludzie, niech to będzie święto muzyki, zabawa, miłość, przekaz, a nie mniej lub bardziej fałszywych wizerunków.

    Nie znoszę skrajności i przegięć w żadną stronę. Równie źle reaguję na liżącą się parę homo jak i hetero – na ulicy, bo w domu, to niech każdy robi co chce i wara innym do tego, kto co robi i z kim mieszka.

    Komentuj (8)



    Madonna na siłowni

    16 maja 2019, 21:46

    Siłowni nadal nienawidzę z całego serca. Będę tam chodzić do końca maja, a potem przerwa do października - ja muszę mieć czas na działkę. Mam nadzieję, że do października nie przytyję więcej niż 5 kg. Do chuja pana, całe moje życie to ciągła walka z kilogramami, raz na fali wznoszącej, raz [rzadziej] spadkowej. Że też to nie może się jakoś ustabilizować. Ale za to jakie mnie miłe coś spotkało :) Zawsze chodzę na 19, wtedy już trochę spokoju jest, dla mnie bardziej komfortowo. Ale kiedyś musiałam wcześniej pójść. Na siłce ludzi od groma. No i taki facet z małą dziewczyneczką. Dziewczynka kręci się ostrożnie, coś tam pika na tablecie, rozgląda, a ja niedaleko akurat przechodziłam przez swoje męczarnie - leginsy [już nowe, nieprzezroczyste], koszulka workowata, cała zgrzana i spocona. No i panienka szepcze coś tatusiowi, tatuś mówi, pewnie, możesz spytać. Podchodzi do mnie młoda i pyta z pełną powagą "PROSZEM PANIOM A JAK TO SIĘ TAK ROBI WŁOSY ŻEBY WYGLĄDAĆ JAK KRÓLEWNA? ". Od jakiegoś czasu znowu noszę fryzurę typu białe afro, ale na siłownię, i na co dzień czasem też, spinam je w dwa dobierańce, które potem związuję w precel na głowie. I pomyśleć, że w oczach małej dziewuszki wyglądało to na KRÓLEWNĘ. Boże, aż się wzruszyłam, serio. Nie przypominam sobie, kiedy ktoś mnie ostatnio nazywał królewną, tym bardziej, że serio, bardziej się czułam jak ostatnie pomiotło. Niestety spieszyłam się, a szkoda, bo bym młodej bez problemu zaplotła KRÓLEWNĘ na głowie, więc tylko wyjaśniłam z grubsza co i jak.
    Tęsknię już do wnuków. Chcę zaplatać jakiejś małej dziewczynce precelki i koronę na głowie i żeby ona była jak królewna.

    Siłownię kończę interwałem, ale tylko chodzonym, z uwagi na kolano i nadwagę, a to jest zwyczajnie nudne. Więc umilam sobie oglądając koncerty mojej idolki Madonny. Co to za wspaniała kobieta, showmanka, piosenkarka, jakiej nigdy nie było i nie będzie - nie ma sobie równych. Nie ma nikogo, kto by jej dorównał w jakości przedstawienia, w choreografii, w aranżacjach, w kontakcie z widownią i tancerzami, w niewiarygodnej kondycji. Swego czasu była obiektem skandali - ale raczej zawsze były związane z nagością, seksem, czasem kościołem - ale nie pamiętam, aby kiedyś chodziło o alkohol czy narkotyki. Nie pamiętam, aby ktoś ją nienawidził, wygrażał. Są ludzie, którzy nie lubią jej muzyki - i ok, każdy ma swój gust. Ale na serio nie można jej odmówić pracowitości, siły, formy, talentu do sławy i zamieszania. Byłam na jej pierwszym koncercie w Polsce - i przysięgam tu i teraz - będę na najbliższym, jaki kiedykolwiek będzie - tu czy w Berlinie. I to wezmę najdroższy bilet, żebym nawet miała się żywić wyłącznie przetworami z działki, a do roboty jeździć pociągiem dwa miesiące. Ale być blisko i widzieć Królową z bliska. Bo to jest Królowa popu. Ileż hitów nagrała! Jak nikt nigdy wcześniej i przypuszczam, już nikt później. Ilu wykonawców jest w stanie skupić publiczność na sobie dwie godziny koncertu? Większość koncertów teraz to składanki, gdzie każdy artysta wykonuje po kilka piosenek i następy. A Madonna 2 godziny trzyma wszystkich w szachu i napięciu.

    Zerknijmy na jej stronę.
    The Madame X Tour will kick off September 12th at the BAM Howard Gilman Opera House in New York and will feature multiple nights of shows in each city including performances at the Chicago Theatre, The Wiltern in Los Angeles, the Colosseum at Caesars Palace in Las Vegas, the Boch Center Wang Theatre in Boston, The Met Philadelphia and at the Fillmore Miami Beach at the Jackie Gleason Theatre in 2019. The Madame X Tour will then resume in early 2020 with performances at the Coliseum in Lisbon, the Palladium in London and at the Grand Rex in Paris.

    Hm. Wrzesień Chicago raczej odpada, z tego co wiem, to raczej ojciec wybiera się do Polski koło września właśnie.
    Zostaje Londyn albo Paryż. Dlaczego nie Niemcy :/
    No muszę to jakoś ogarnąć i już.

    Z wujkiem bardzo źle. Nawrót szpiczaka, resekcja końcówki jelita grubego, stomia, przerzuty na wątrobę. Kolejne wizyty w szpitalu, zabiegi. Tym razem zajmuje się nim głównie jego córka, ale staram się ją wspierać jak mogę, zresztą codziennie u nich jestem zrobić wujkowi zastrzyk, bo córka nie radzi sobie z tym akurat. Tego tematu boję się poruszać w nawet myślach, ale muszę dopuścić do siebie opcję, że to się różnie może skończyć. Jeszcze mi nikt nigdy z rodziny nie umarł, nikt bliski. A tu wokół same choróbska, tu wujek, kuzynka bliska, teraz się dowiedziałam, że inny wujek, też mi dość bliski, ech. To może być trudny emocjonalnie rok.


    Komentuj (3)



    takie tam działkowe sprawy

    29 kwietnia 2019, 20:43

    Układa się, wiecie? Nie wiem, jak to się dzieje, bo facet nadal potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki dwoma słowami albo nawet ich brakiem, ale jakoś tak potem bez problemu rozchodzi się po kościach, w czym wydatnie pomaga lwia robota, jaką J robi na działce, moim cacuszku, moim sanktuarium ukochanym. Rok temu właśnie ją kupowałam :) Ostatnio zdjęcia oglądałam, które robiłam, aby podstępem przekonać mamę, że to ona powinna przekonać mnie do jej zakupu. Co za spektakularna zmiana. J jest lekko zbulwersowany moim podejściem pt "NIC NIE MUSZĘ", bo on uważa, poniekąd słusznie, że działka jest od tego, żeby na niej robić, dostaje więc szału jak widzi mnie z nogami na stole. Rzadko się to zdarza, ale robię to celowo, żeby go przyzwyczaić do tego widoku, latem będę tak często robić. Przy czym szał w jego wydaniu wygląda tak, że w sumie nie wygląda. Bo to spokojny człowiek, tylko ma dziwne poczucie humoru. Myślę, że zostaniemy razem na dłużej.

    J przedstawiony i zaakceptowany przez wszystkich, wkurza tylko mnie. I trochę Młodą, ale to dlatego, że ona jest wyjątkowo, silnie lojalna i wyczuwa wszystko to, co ja. Ale też wie doskonale, że jej akceptacja mojego wyboru jest w jej dobrze pojętym interesie. Schodzę jej z głowy ze wszystkimi cięższymi obowiązkami, a przede wszystkim ze swoją opiekuńczością, dotychczas cała moja uwaga skupiała się głównie na niej, teraz jej odpuszczam i ma spokój. Do tego stopnia, że wolałam jej i jej chłopakowi wykupić w prezencie na imienino-dzień dziecka majówkę nad morzem, żeby mieć dom dla siebie, zamiast ją mieć dla siebie w domu i otaczać chmurką maminej miłości i troski. Swoją drogą, co za cudowne uczucie, mieć w końcu oszczędności tak, żeby móc ot tak zapłacić za majówkę w prezencie, a wiadomo, że dzieci gołych i głodnych nie puszczę.

    Ale żeby sobie kupić nowy telefon, bo stary padł, to mi żal kasy jakoś.

    Na siłownię będę chodziła tylko do końca maja. Był taki jeden upalny dzień w kwietniu, i na siłowni nieomal zeszłam z tego świata. Ja nie daję rady ćwiczyć w takim upale, bo zwyczajnie słabnę, a poza tym muszę mieć czas na działkę. Na razie zeszło 12 kg, może do końca maja [o ile J zaprzestanie piec te przeklęte serniki, w których jest mistrzem] zejdzie jeszcze ze 2 i postaram się to utrzymać przez wakacje, i wtedy od października znowu zacznę.

    Na działce stoi foliak [dzieło J rzecz jasna]. Eksperymentalnie posadziłam tam 5 sadzonej pomidorów i 5 papryk. W stosunku do domowych rozwijały się fantastycznie, aż do dzisiejszej nocy. Były zapowiadane przymrozki, ale zgodnie ze swoją zasadą, że życie nie jest dla słabych, zostawiłam je bez przykrycia i niestety dzisiejszej nocy nie przetrwały. Na szczęście mam jeszcze ok 15 sadzonek papryk i ze 100 pomidorów, poza tym aksamitki, ogórki, cynie, begonie, sałatę i kilka bliżej niezidentyfikowanych tacek z siewkami "na pewno nie zapomnę, co tam jest", po czym zapomniałam i są one dla mnie zagadką. Posadzę i tak. Dziwnym trafem wszystko mi rośnie, pod warunkiem, że nie ma przymrozków. No trzy jagody kamczackie chyba się nie przyjęły, ale i tak je zostawię.

    Agresty rosną, morele rosną, objawiła się jednak morela, malin bez liku, borówki amerykańskie kwitną, rzodkiewka, marchewka, sałata, groch cukrowy skiełkował, fasolka szparagowa, moja miłość, posiadana w zgrabnej grzędzie, nie powiem, przez kogo skonstruowanej, kapusta i brokuły, uwielbiam się bawił w działkowca :)

    Koniec urlopu, czas wracać do pracy. Ale po pracy i chórze i siłce działka.

    Komentuj (7)



    taki Andrzej

    11 kwietnia 2019, 18:21

    Za młodego, jak byłam nastolatką, to chodziłam z takim Andrzejem. Nie był moim pierwszym, ale ja jego tak, i jego pierwszego kochałam miłością nastoletnią, wielką, gorącą. Jako jedyny do dziś przynosił mi naręcza bzu w maju, o świcie, koło 4, stukał delikatnie w szybę, podawał naręcze krzaczorów, mokrych, pełnych pajęczyn i robactwa, pachnących jak nic więcej na świecie, kradł buziaka i zmykał, żeby radujący się pies nie obudził mamy. Jeździłam z nim motocyklem na wycieczki do lasu, odziana tylko w jakiś stary kask po ruskich. Gorące noce pod namiotem, wspólne imprezy, paczka jego kolegów z podwórka i zawodówki kontra moja paczka dziewczyn z liceum, tworzyliśmy razem śmieszne kontrastowe zbiorowisko panienek z dobrego domu i badboyów z nizin społecznych. Do dziś pamiętam super imprezę u mnie w domu w nocy ze środy na niedzielę, jak mama z wujkiem wyjechali gdzieś na dłużej. Przeżyliśmy masę przygód, jak każda nastoletnia para, masę kłótni, wiele szczęścia, motylki w brzuchu itd.
    Oczywiście mama go ledwo co tolerowała, nie takie miała wyobrażenie chłopaka dla mnie, co tylko powodowało we mnie tym gorętsze uczucia, powodowane chęcią obrony uciśnionego.

    I potem jakoś... nie wiem. On pojechał do wojska gdzieś w Polskę. Wtedy się szło na 18 miesięcy. Nie było komórek, a pisanie listów szło tak sobie. Ja potem wyjechałam na studia daleko. I się rozeszło po kościach, bez ognistych rozstań, bez kłótni, tak po prostu.
    Potem, jak już byłam po rozwodzie, przyszedł kiedyś do mnie, pożyczyć kasę. Ale ja wtedy ledwo ciągnęłam, zajechana pracą, studiami, opieką nad Młodą, zarabianiem groszy i nie dostał ode mnie nic.

    Wiele lat później, w sumie niedawno, odnalazł się na fejsie, ale nie chciał ze mną rozmawiać, co niespecjalnie mnie uraziło, może zdziwiło trochę, no kurde, tak się obrażać o niepożyczenie kasy? Mieszkał w Anglii, miał żonę i dzieci [syn jak klon jego z młodości, aż mi się miękkie kolana zrobiły], jakieś tam budowlane sprawy. Co ciekawe, jak przyszedł wtedy po kasę, to już musiał mieć te dzieci. A przynajmniej jedno. No w sumie nieważne.

    No i pisze do mnie wczoraj na fb nasz wspólny kolega z paczki badboyów, zadowolony, że mnie znalazł, i że go pamiętam. Czy ja słyszałam, co u Andrzeja? No tak, w Anglii jest, a co?
    No to już nie jest ani w Anglii, ani nigdzie. Otóż pół roku temu zmarł na raka mózgu.

    Aż mnie zemdliło, wiecie. Z przykrości, żalu, strachu, lekkiej ulgi, że to nie mnie spotkało. Z przerażenia, że jak to tak, że już zaczynają umierać ludzie z mojego pokolenia? Dziwne takie uczucie. Był czas, kiedy ten chłopak był dla mnie bliski, ważny, kiedy był dla mnie wszystkim, całym światem, kochałam go jak umiałam.

    Przykre to.

    Niedługo się poprzytulam do J, z ulgi, że nie jestem już sama, że jest ktoś, kto, chociaż wnerwia, to znosi moje minutowe napady furii ze stoickim spokojem, kto zostawia mi czasem kwiatki na masce auta, a może, jak mu dobitnie zasugeruję, to przywiezie kiedyś naręcze bzu. W niedzielę zapoznali się z Wujkiem, w następną niedzielę obiad zapoznawczy z Mamą. Co za ceregiele.

    Komentuj (4)



    Polprzezroczyste legginsy

    29 marca 2019, 08:32

    No. Wczoraj na siłowni zerknelam do znienawidzonego lustra, które dotychczas starannie omijalam wzrokiem i okazało się, że ja również mam polprzezroczyste leginsy, tyle tylko, że w nieco inny sposób niż reszta dzieewczyn. A to oznacza, że od 2 miesięcy świecę bynajmniej nie stringami, a raczej babcinymi bawelnianymi gaciami przed całą siłownia. Kurwa jakbym mało upokorzeń miała.
    Cóż, od teraz będę nosiła dwie pary getrow. Albo w końcu jutro zwaze się i jeśli wynik będzie zadowalający, to kupię jedne nowe.

    Komentuj (11)



    bociany są!

    25 marca 2019, 18:18

    Serio, dziś widziałam na własne oczy i aż wrzasnęłam z radości. To auto ma nerwy jak ze stali, co się już nasłuchało w życiu potoków bluzgów, śmiechu, płaczu, gniewnych wrzasków, wściekłości, rozważań o skoku z mostu, ileż agresji na siebie przyjęło, a nadal mnie wozi bez sprzeciwu, spokojnie i cierpliwie. No więc bocian jest i czeka na bocianową. Żurawie już dawno stadkami łażą, sarny w ogóle się nie krępują i stoją koło drogi. Na działce aż furczy wszystko. J ma tysiąc pomysłów na minutę i aż czuję się czasami nimi zmęczona, tym bardziej, że je z żelazną konsekwencją realizuje, nie wymagając ode mnie niczego, poza okazjonalnym "kotek jedź do sklepu i kup dwa takie bity" i wciska mi jeden na wzór, bo już zna mnie na tyle, że wie, że za 30 sekund zapomnę nie tylko nazwę części i jej wygląd, ale także, po co jestem w budowlanym, bo przecież sadzonek tyle i nasion. Zwozi mi na działkę jakieś maszyny swoje, deski niewiadomego pochodzenia i celu, po czym wszystko magicznie się zmienia w coś, a na koniec całość bałaganu znika. A ja sobie w tym czasie np pielę malwy i podziwiam cebulki nie wiadomo czego, co powkładałam w ciemno kiedyś.
    Szczerze, to marzę w tej chwili o wnukach jeszcze bardziej niż zwykle, bo już sobie wyobrażam, jaki będą miały / miałyby / być może wypasiony domek u babci Oli na działce.

    Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, jestem podejrzliwa, bo za dobrze jest, za cierpliwy jest ten człowiek, nie ruszają go w ogóle moje napady złości - coraz rzadsze, czuję się chwilowo spacyfikowana, bo nie mam się czego czepiać, i za dużo dobrych rzeczy dzieje mi się wokół - i w łóżku po prostu cudnie, i bilety na operetki i garnitur przymierzył przy mnie. Ale jakoś wszyscy boimy się wzajemnie poznać. Ja jakoś nie chcę go pokazywać rodzinie, ona nie chce poznać jego, on nie mówi i pokazywaniu mnie swojej mamie. U nas to normalne - chyba wszyscy jeszcze liżemy rany po Ogniu, chociaż to już tyle czasu. J to w ogóle sam z siebie taki gburowaty milczek - typowy przykład gościa, za którym bardziej mówią jego czyny, a nie słowa, w żadnym wypadku nie złotousty krętacz, a komplement to nie wiem, czy kiedyś jakiś usłyszę, chociaż ja mu nie żałuję, ale bez reakcji. Jego córka wychowuje się z mamą i nie mają za dobrych kontaktów - to nie wiem, czego mam się spodziewać na linii J - Młoda. Młodej nie dam skrzywdzić ani obrazić, o co to to nie. Ale ona też jest zniecierpliwiona moimi fochami i żalami i każe się uspokoić i przestać wszędzie widzieć wady. "Bo Ci minie koło nosa szansa na fajny związek".

    Fajnie też zaczynają się na mnie układać stare ciuchy, to znaczy, że siłownia w końcu zaczyna działać.

    Jak mi wiosna zawsze dobrze robi.

    i tego Wam też życzę.

    Komentuj (2)



    trening obwodowy

    20 marca 2019, 20:40

    Trener mówi do mnie, chodź Ola na trening obwodowy. Kurde, no nie pasuje mi - z uwagi na chór w poniedziałki i środy treningi mam ustawione na wtorek czwartek i sobotę, a ten obwodowy w piątek. No chodź Ola, poznasz dziewczyny, poćwiczysz, zobaczysz, fajnie jest, i to takie korzystne na schudnięcie. No dobra. Ogarnęłam się jakoś po czwartku i w piątek zameldowałam się na tym całym obwodowym.
    Już na starcie poczułam się gorzej. Same laski, wśród których ja najstarsza i najgrubsza, a wszechobecne lustra, pokazujące moją żałosną sylwetkę i starych bawełnianych leginsach nie poprawiały sytuacji. Jedna się wdzięcznie schyliła i ukazała mym ooczom stringi na wąskiej dupinie, opięte rzecz jasna półprzezroczystymi leginsami z elastycznej samoodychajacej i samoćwiczącej tkaniny wraz z koszulką na ramiączkach w komplecie oraz najeczkami. O kurwa no. już, już, trener woła, lecimy dziewczynki z rozgrzewką. I galop w kółko. Dziewczynki hihihi hahaha, a oglądałaś na wspólnej, a co u twojego starego, widziałam go, a mam nowy przepis na tartę ze szpinakiem, jakie miałam zakwasy wczoraj. Co już najgorsze, cały czas napierdala muzyka z siłowni osobno i muzyka do obwodowego osobno. A w tym wszystkim ja - ledwo dysząca w zadyszce po jednym kółku, spowalniająca, spocona na starcie, serce zatyka gardło i już czuję nadchodzącą złość. I te cholerne lustra...! Po 10 minutowej rogrzewce tylko świadomość, że natychmiastowa ucieczka będzie jeszcze większym upokorzeniem niż pozostanie tam, powstrzymała mnie od usunięcia się z drogi pozostałym uczestniczkom.

    Trening obwodowy polega na tym, że stoi się w "obwodzie", tyle jest stacji ile dziewczyn i na każdym ćwiczy się co innego. Ćwiczenia chyba 40 sekund i potem 10 sekund na zmianę. To mogą być nieco innego wartości. Trener dość pobieżnie pokazał ćwiczenia, bo ewidentnie dziewczyny je wszystkie znały. I jazda. Kuuuurde ledwo zdążyłam się dobrze ustawić, już leci czas. Na wariata, w pośpiechu, czego nienawidzę, liczymy, i ten przepotworny hałas non stop! i 10 sekund, ZMIANA! 3, 2, 1 LECIMY!
    Już po rozgrzewce byłam spocona jak mysz, po drugim obwodzie umierałam, po trzecim umarłam. Szczęśliwie nadszedł czas na rozciąganie i moją największą porażkę - mianowicie nie dałam rady tłustą dupą zrobić rowerka. Już dawno wiedziałam, że ten trening obwodowy nie jest pisany dla mnie, ale teraz poczułam wyraźnie, że gdybym miała na podstawie treningu decydować o moim chodzeniu lub nie, to już moja noga nie postałaby na siłowni NIGDY.
    A tak to mam świadomość, że mogę chodzić w swoje dni, w swoim tempie, w ciszy lub w słuchawkach, mogę się pocić po swojemu, nie zwracając niczyjej uwagi, a nie wystawiona na pośmiewisko, jakbym nie miała dość upokorzeń z tytułu, że najstarsza najgrubsza i chyba najbardziej neiruchawa osoba, jaką ta siłownia kiedykolwiek widziała.
    Trenerowi powiem, że jednak mi termin nie pasuje, nie będę przecież snuła tu gorzkich żali, że dla mnie za głośno, za dużo babskich hormonów, za szybko, za mocno, za tłoczno.

    Trzecia osiemnastka stuknęła. Z góry dziękuję za życzenia. Dramat. Rodzina jak zwykle dopisała, kocham ich wszystkich, zresztą w pracy też. Jutro wizyta kontrolna coroczna u gina i coś czuję, że dowiem się czegoś na temat menopauzy.
    J postawił foliak, który miałam stawiać z wujkiem, i całe szczęście, bo nigdy w życiu byśmy nie dali rady. I już ma tysiąc innych pomysłów, dla mnie za szybko i za dużo. Czarno to widzę, bo serio poczucia humoru mamy tak rozjechane, że bardziej się nie da. Tzn ja już dawno wiem, że mam z tym problem, nie mam poczucia humoru i mało co mnie śmieszy.


    Komentuj (12)



    marzec

    09 marca 2019, 14:31

    Jestem coraz bardziej podjarana działką i nadchodzącym sezonem wiosennym. Mam już 4 listkowe sadzonki papryki żółtej i czerwonej, mam pierwszą partię pomidorów i kupione nasiona pomiodoroziemniaków Tomtato i kolorowych pomidorów - dla zabawy. Mam wysiane i skiełkowane petunie z Chin, co z tego wyjdzie, to bóg raczy wiedzieć. Już spinam się do wysiania aksamitek i cynii, koniecznie, koniecznie! Są cudowne. Sadzonki ogórków też chcę mieć, i sałaty, i buraki i fasolka szparagowa - pamiętać, żeby wysiewać partiami! Przystopowałam na razie z foliakiem, wietrzyska szaleją i boję się, że zanim go postawię i zamocuję odpowiednio solidnie, to on odleci w siną dal, zresztą jest to możliwe niezależnie od pory roku, hehe. Aż we mnie buzuje na myśl o oceanie możliwości i oczywiście z trudem się powstrzymuję od wykupienia wszystkich nasion z regałów. Na klombach już kiełkuje co nieco, na pewno jakieś tulipany. J się wkręcił i swoim zwyczajem wymądrza się i sypie pomysłami. Na razie nie doceniam tych pomysłów należycie, dopóki on nie udowodni, że umie wprowadzić w życie chociaż część. Chcę najpierw zrealizować swoje plany i jak mi w tym pomoże, to super, a jak nie, to żadnych rewolucji ogrodowych mi tu wprowadzać nie będzie. Kupiłam już bratki do skrzynki za parapet i zaczęłam je hartować. Pewno za tydzień je wysadzę :)

    Na siłownię nadal uczęszczam, nadal z nienawiścią do wszystkich urządzeń :D ale skutki pomału zaczynają być widoczne, nawet szybciej niż się spodziewałam, nie jest źle. Człowiek góra nawet mi się raz ukłonił w sklepie :O Nie wiem, jak mnie rozpoznał. Oczywiście do bólu brakuje mi słodyczy, ciast, ciastek, czekolady i kebaba, wcześniej jadałam go co prawda raz na trzy miesiące, po prostu marzy mi się ta buła z tymi warzywami i sosem czosnkowym, mniejsza o mięso, może go nie być. Albo jezu klementynki - bułki słodkie, maślano drożdżowe, z kruszonka, przełożone kremem budyniowym, instant milion kalorii, wchłaniałam je pasjami podczas zwolnienia na kolanko.

    Zdechła mi pralka, nowa [w sensie używana z Niemiec] zdechła po 2 tygodniach, niezbyt zadowolony, ale honorowy sprzedawca nie dał rady naprawić, więc wymienił na inną, którą miał, ale dużo lepszej klasy, cóż, nie moja wina. I ta nowa już chodzi jak złoto. No lubię te pralki z Niemiec, są niedrogie, proste, cichutkie,da się je naprawić, nie przeszkadza mi, że ktoś w niej prał już swoje gacie.

    Komentuj (4)



    Jaśniej na horyzoncie

    03 marca 2019, 21:55

    No cóż. Po raz kolejny podejmuję próbę życia w jakimś związku. Nie jest to desperacka próba, ale facet ujął mnie bukietem róż za wycieraczką auta po pracy. Chryste, ja sobie nie przypominam, kiedy dostałam kwiaty znienacka, albo w ogóle od faceta tak bez okazji. I to jeszcze tak o, pod pracą, gdzie zostały dostrzeżone, co miło połaskotało moje ego. Nie ma tu fajerwerków, ani Ognia :’| Nie ma także nudy do zarzygania jak z sąsiadem. Coś jakby pośrednio. Gościu jest taką samą marudą jak ja, jest równie grymaśny i przemądrzały jak ja, wiecznie wszystko wie lepiej. Więc poniekąd dobrze się rozumiemy. Jednak jest pewna zasadnicza różnica, ja ostatnio zwłaszcza, mega szybko wpadam w złość i zniecierpliwienie, które on znosi z podziwu godną cierpliwością i spokojem, i chociażby z tego powodu należy mu się order jakiś. Czy coś z tego będzie na dłużej, serio nie wiem, czasami zbliżam się do granicy, kiedy czuję, że za chwilę wybuchnę, że zaraz powiem coś nieprzyjemnego. Że ja już się nie nadaję do żadnych związków, mam za dużo nawyków starej panny, sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, sama sobie wzięłam na siebie dużo i co i rusz to dobieram, jestem wiecznie niewyspana i zmęczona, więc gdzie ja tu chcę znaleźć kogoś do życia, jak mam go wcisnąć w te wąskie szczeliny wolnego czasu. Ciężko mi się otworzyć, ciężko mi się dzielić moim drogocennym wolnym czasem, w zamian dostają jakąś dawkę troski w innych zakresach. Z jednego się cieszę, serio, że przynajmniej w łóżku jest ok, bo rozczarowania w tym zakresie bym nie zniosła ponownie za nic.
    Siłownię nadal cisnę, nie jestem jednak pewna, czy wszystko dobrze robię. Waga bez wątpienia spada, oczywiście bez spektakularnych efektów, ale na wyrównanym poziomie, nadal nie mam w sobie zniechęcenia i chodzę bez lenistwa, zaciskając zęby. Cieszę się, że mi jeszcze ten zapał nowicjusza nie minął. Na razie nie rozpoznaję więcej żadnych nowych twarzy, ale rozbawiłam się w tłusty czwartek. We wtorek zasugerowałam trenerowi, że na czwartek to chyba szejki białkowe o smaku pączków powinny być. Ale oczywiście na siłownię chodzą ludzie zbyt świadomi tego, ile taki pączek kosztuje łez i potu na treningu, więc jak w czwartek weszłam, to pełna taca pączków leżała nieruszona. Ale jak wychodziłam, to już trochę ich ubyło, więc zagadałam młodą dziewczynę za ladą, jak się okazało córkę właściciela, przesympatyczną osobę, szczuplutką i naturalną, która wyjawiła mi rozbrajająco, że to właśnie ona zjadła cztery albo może pięć pączków, bo ona to jeszcze nie dba tak o kalorie. Jezuuuu jak ja jej pozazdrościłam tej młodości, tej beztroski, a najbardziej tych czterech albo może pięciu pączków, podczas gdy ja osobiście zjadłam tylko jednego, wiadomo. Bosz, jak ja nienawidzę tych maszyn, dla mnie niektóre z nich mają swoją własną, złośliwą osobowość, celowo się dociążając bez mojego udziału, stawiają czynny opór i śmieją się w głos szyderczo z mojego stękania i przekleństw miotanych pod nosem.

    Byłam na działce z nowym panem, nazwijmy go na potrzeby chwili J, oczywiście z miejsca skrytykował „to źle zrobione, to ja bym zrobił inaczej, tu trzeba to i tamto, masz tu jakąś miarkę, bo to trzeba będzie przedłużyć”. Oczywiście wszelka krytyka mojego sanktuarium doprowadza mnie do białej gorączki i serii złośliwych ripost, chwilowo jednak zostałam spacyfikowana trzymaniem miarki i zapisywaniem wyników, daję więc szansę. Jeśli to nie tylko słowa, jeśli J zacznie robić chociaż połowę tego, co planuje, to zyska mój szacunek, a jednak szacunek to chyba podstawa, poza seksem, udanego związku. Bo takie rzucanie słów na wiatr, składanie obietnic bez pokrycia, tylko po to, aby gadać dla samego gadania i zrobienia wrażenia to nie lubię.
    Z chórem wzięliśmy udział w dość dużym konkursie chórów, z konkretnym sukcesem, jest to miłe. Najbardziej podoba mi się, jak w trakcie występu, wszyscy są tak niesamowicie skupieni, wszystko niemal zawsze wychodzi idealnie, jak jesteśmy wpatrzeni w dyrygenta, zero rozkojarzenia, spojrzeń wokół, szeptania, wyrywania się. To jest fajne. A to zaraz osiem lat będzie jak tam śpiewam :O

    Z pieskiem ok. Z mamą ok. Wujek zaczyna jeść. Dzień coraz dłuższy i coraz jaśniejszy. Bardzo to pomaga wyczołgać się z depresji. A jeszcze miesiąc temu całkiem na serio rozważałam skok z mostu.

    Komentuj (6)



    dobrze sobie zrobic

    24 lutego 2019, 19:56

    Wiecie co, ja mam jakieś problemy z pamięcią. Czy ja w tym grudniu, co był, obiecałam sobie, że ten rok będzie dla mnie, mój, i w ogóle? Nieważne.

    W końcu, po 4 zimach, załatwiłam wymianę kaloryfera, co prawda zimy nam już tak nie dają popalić, ale mimo wszystko, 20 st C, jak mam teraz w pokoju, to o wiele lepiej, niż 18 stopni max, jak było przedtem. Co za komfort. Ruszyłam w końcu z działką, bożesz ty mój, jak ja kocham to miejsce, zarówno na działce jak i w lesie robi mi się tak dobrze, że to aż uzależnia. Dziś i wczoraj byłam, trzeba ogarnąć po zimie, uporządkować gałęzie po ogolonej jabłonce, zniwelować kopce kretów, zaplanować, gdzie postawić nowo nabyty foliak, zaplanować zasiewy – nic specjalnego, buraki, fasola, pomidory, ogórki, papryka, czosnek, o ile cokolwiek wzejdzie, bo dla mnie to jak zwykle jedna wielka zabawa. Parapety już zaczynają wyglądać jak laboratorium, bo papryka wysiana i pomidorki także. Jeszcze dojdą cynie i aksamitki, i w terminie późniejszym, ogórki.

    W ramach robienia sobie dobrze od 31 stycznia przeszłam na dietę połączoną z siłownią, muszę znowu schudnąć, który to już raz? czwarty? Piąty? I wtedy się udało, to teraz znowu się uda. Pilnuję sobie kalorii z fitatu, trener rozpisał mi ćwiczenia z uwzględnieniem kręgosłupa i kolanka, na razie 4 kg zeszło, i dobrze. Jeszcze 3 razy tyle i będzie dużo lepiej. Oczywiście ta siłownia to dla mnie mega wyzwanie. Mam piekielne uczucie, że każdy się na mnie gapi, bo kto to widział, aby spasiona niemal 50 latka zaczynała przygodę z siłownią. Znam już trochę twarzy / ciał. Znam już faceta, który jest ogromny i wygląda po prostu jak góra, zarówno wzwyż, jak i wszerz, jak dla mnie to on w ogóle jest nie z tego świata, jest tak potwornie wielki. Znam gościa, ale to już od dawna, mega bogatego, ma troje dzieci, z tego jedno niepełnosprawne, a jego żona wygląda jak ostatnie pomiotło, a on sam nic, tylko ogląda swe boskie ciało w lustrze. Znam niskiego, łysego, napakowanego dresa, który niemal wpadł w szok, jak mnie zobaczył, tak, jakby to przewyższyło jego możliwości poznawcze. Znam młodego chłopaczka, jeszcze jak szczypior, który z determinacją podnosi hantelki, widać, że walczy sam ze sobą nie gorzej niż ja, ale w drugą stronę. Znam dziewczynę, która ma ciało jak modelka i biegnie sprintem z pół godziny bez kropli potu na twarzy, bez nawet jednej skazy i jednego grymasu na idealnie umalowanej buzi, wiecznie z gumą do żucia. Schodzę z zawiści, kiedy jestem koło niej na bieżni. Znam dwie rozchichotane 40, bez trudu podnoszące, biegające, pchające, znam dwie załamane grube małolaty, z tego jedna naprawdę gruba i jej życzę jak największej wytrwałości, żałując, że ja za młodu nie miałam odwagi ani koleżanki, żeby iść na siłkę i wytrwać tam dłużej niż dwa razy. Znam młodego, niskiego chłopaka, mega umięśnionego, mega szybkiego, milczącego, który ćwiczy i boksuje się, jakby od tego zależało jego życie.
    Pewnie z czasem, O ILE WYTRWAM, będę pamiętała jeszcze więcej ludzi. Póki co, nienawidzę każdej jednej maszyny, nienawidzę tych luster wszędzie powieszonych, nienawidzę każdej kropli potu i z utęsknieniem czekam na to słynne uderzenie endorfin przy uprawianiu sportu. Na razie tylko nienawiść do własnego uzależnienia od słodyczy podtrzymuje moją zawziętość :D

    Rozmyślam nad zmianą auta coraz bardziej intensywnie. Wytypowałam Audi, takie jak mam, tylko nowsze, Toyotę Avensis, Ford Focus i Subaru Forester. Musi mieć klimę, być w automacie i na benzynę, najlepiej też na gazie, no i sprawne. Jeszcze oszczędzam, jeszcze ściubię, każdą nadwyżkę po wypłacie odkładam, idzie jak po grudzie, ale spokojnie, w końcu uzbieram. Audi obiecałam Młodej, o ile skończy drugi rok bez poprawek.
    Wujek coraz słabszy, źle znosi tę chemię. I to osłabienie postępuje tak cholernie szybko, on gaśnie z dnia na dzień, to boli.

    Komentuj (6)



    zimny styczeń

    03 lutego 2019, 15:13

    Styczeń przybił mnie do ziemi. Mama dwa razy w szpitalu, łącznie ponad 2 tygodnie, zawał. Bieganie do szpitala, pies, praca z dojazdami, wykończyło mnie w parę dni. Próbuję jednak psychicznie się nastawić już na wiosnę, planuję działkę, za chwilę będę wysiewała na sadzonki coś, kwiatki, pomidory, ogórki, może brokuły, paprykę najszybciej, tradycyjnie nie po to, że myślę, że coś z tego wyjdzie, ale żeby zabawa była. Mirka też daje popalić, z niewiadomych powodów zdarzają jej się często noce z biegunką, grzeczny pies zamiast nasrać na środek, przychodzi i grzecznie prosi, doceniam, ale nie jestem już gotowa na nieprzespane noce znowu. Więc nie dosypiam. Wydaje mi się, po obserwacjach, że przyczyną mogą byc batony z Biedronki, które Mirka uwielbia i czasami dostaje zamiast kaszy, dotychczas jej nie szkodziły, ale może coś się zmieniło. Pod nadzorem weta dajemy jej na przemian kurację na stawy i na czochranie się. Naraz nie można, zbyt duże obciążenie na wątrobę. Jestem na grupach fejsbukowych z pieskami i jestem pod wrażeniem, Mirka będzie miała niedługo 11 lat, a fizycznie jest w całkiem dobrej kondycji i wychodzi na to, że w naszej rodzinie to już jest najdłużej żyjący pies, a nie zanosi się, żeby miała nas zostawić.
    Po ostatnich nocach i czasami nawet 7-krotnym spacerze, gardło mnie coś boli, chyba w końcu dopada mnie jakieś przeziębienie, pewnie w biegu i półprzytomności nie doubrałam się jak należy.
    W pracy zrezygnowałam, ze względu na mamę, psa i wujka - który ma kolejny nawrót raka - z wyjazdy na targi, bez specjalnego żalu.

    I tyle z aktualności.

    Komentuj (13)



    2018/2019

    01 stycznia 2019, 17:56

    Najważniejszą rzeczą w tym roku był zakup działki. Wymarzony. Działka dała mi dokładnie to, czego się spodziewałam i czego potrzebowałam - własną agroturystykę, sanktuarium, zaciszny kącik na świeżym powietrzu, w odosobnieniu, gdzie mogę grzebać się w ziemi albo nie grzebać się w ziemi, mając jednocześnie wodę, prąd i kibelek, ogień, łóżko, cień i psa na widoku. Teraz zaglądam tam czasami, krety rozkopały wszystko, ale poza tym – wchodzę tam i już czuję podkręcenie, ekscytację, oczekiwanie, kiedy już będę mogła wejść na działkę ponownie i COŚ robić. Dostałam od córki kalendarz ogrodniczy, ponadto, co za niespodzianka, jako nowy działkowiec, dostałam list gratulacyjny od związku, poradnik młodego działkowca i prenumeratę czasopisma Działkowiec na rok, byłam w pozytywnym szoku.

    Wróciłam z pracy w doskonałym nastroju, z miłym poczuciem dobrze przebytego roku, pełnego sukcesów w pracy, z perspektywą trzytygodniowego wolnego, świąt, prezentów, powrotu Młodej, seriali, filmów, kanapy itd. Niestety miał miejsce tak koszmarny konflikt z Młodą, jakiego chyba dotychczas nie było, i to totalnie popsuło mi wszystko, do tej chwili liżę rany. Na domiar złego w samego Sylwestra dopadła mnie jakaś wirusówka i od 2 do rana wisiałam nad kiblem, czego skutkiem są oczy z krwawymi wybroczynami, i takież wybroczyny na dekolcie, szyi i twarzy, ostatnio mnie tak szarpało w ciąży i przy porodzie. Ponadto połamało mnie jakieś lumbago, czy coś, z łózka ledwo wstaję.
    Jednak dobrze, że stary rok się skończył, bo ten finał mi popsuł wszystko. Nie umiem go oddzielić od reszty roku, tak fajnego.

    Wszystkie dobrego wszystkim życzę...


    Komentuj (9)



    chór alexandrowa

    17 grudnia 2018, 18:38

    Byłam na wymarzonym od wielu lat koncercie Chóru Alexandrova i był on po prostu CU-DOW-NY! Totalna perfekcja chóru - bardzo czysty śpiew, niesamowita dynamika [czy głośniej czy ciszej, kiedy wolniej, kiedy szybciej] - chciałabym kiedyś w takim chórze zaśpiewać. U nas niestety synchronizacja leży totalnie. Orkiestra - bardzo nietypowa, zero sekcji smyczkowej w ogóle, zamiast tego dziesiątki bałałajek różnych odmian, akordeony, których ja osobiście nie jestem fanką, ale tu jakoś nie gryzły. Do tego wszystkiego zespół baletowy, i znowu - synchronizacja, sprawność fizyczna, ciągłe uśmiechy na twarzy, brak oznak wysiłku - to wszystko mówi mi, jak potworne treningi są za nimi, jak wiele wysiłku ich to kosztowało, ile pracy w to włożyli. A jakim terrorystą musi być dyrygent i dyrektor całej grupy! To musi być jakiś maniak z niewiarygodnie wielką siła psychiczną. Zapłaciłam za bilet prawie dwie stówy w maju, w prezencie imieninowym dla samej siebie, i nie żałuję ani grosza, to była dobra inwestycja. Ale w ogóle jaki numer zrobiłam :D Kiedy kupowałam bilet, znalazłam sobie super bilet po środku, numer 15, z samego brzeżku, w 5 rzędzie, i cały czas rozsmakowywałam się w świadomości, że będę miała super widoczność. Weszłam na płytę - patrzę, jest moje miejsce, czeka na mnie puste krzesło z brzeżku, i nawet sprzęt rejestrujący był daleko z tyłu. A tu znienacka - w rzędzie przede mną siada wielki facet i niska kobietka - myślałam, ze się zagotuję od razu! Nachyliłam się i MEGA UPRZEJMYM głosikiem poprosiłam, żeby się zamienili miejscami - i się zamienili i wszystko widziałam :)
    A potem na koniec wstałam do wyjścia i okazało się, że w ogóle nie siedziałam na swoim miejscu, a numeracja była totalnie inna niż w momencie kupowania biletu,
    :O
    zaliczyłam niezłą konsternację. Niemniej koncert był wyjątkowy. Jakbym miała ponownie wydać kasę na bilet, to bym to zrobiła.

    Ale potem weszłam na fb poszukać opinii o koncercie i pokazała się opinia jakieś Ukraińca, która brzmiała mniej więcej tak. "Polacy, wstydźcie się. Jeśli Ukraina upadnie, to Polska będzie kolejna".
    I zmroziło mnie totalnie. Ja się bardzo boję wojny. A już igranie z Rosją i robienie sobie wrogów z Europy uważam za najgorsze co się dzieje - nie mamy nikogo, żadnego wsparcia, żadnego przyjaciela, z wszystkimi się kłócimy, a mieścimy się w samym środku tego kociołka. Putin jest nieobliczalny, to psychopata. No i faktycznie, w tym momencie wychwalanie Chóru Armii Czerwonej to jakaś głupota, chociaż bardzo staram się oddzielić kulturę jakiegoś państwa od spraw politycznych.

    Jeszcze miałam kupiony bilet na I spotkanie Klubu Filmowego, w sumie nie wiem o co chodzi, ale bilety były po 8 zł, stwierdziłam, że cokolwiek będą grali, to warto. Film miał tytuł MAGICZNA PODRÓŻ FAKIRA, KTÓRY UTKNĄŁ W SZAFIE. :D przed filmem pojawił się gościu, który rozpętał żywą dyskusję wśród wszystkich 11 widzów pt. Magia w życiu codziennym. Przetrwałam to jakoś, a film był naprawdę zabawny ;D

    Następny, za miesiąc, to film dokumentalny o życiu Marii Callas, jednej z najbardziej znanych śpiewaczek operowych, i oczywiście mam już bilet na II spotkanie Klubu Filmowego w cenie, nadal 8 zł :D

    A jeszcze oglądałam wybory Mister Supranational. Niespecjalnie było na kim zawiesić oko, w większości panowie o ciemnej karnacji, którzy nie trafiają mi do serca. Ale jeden, blondas, przepiękny! o mamo, reprezentant Rosji [wrrrgrrr] Mikhail Baranov, co za uroda :O

    Komentuj (5)



    znaki

    09 grudnia 2018, 10:59

    Było miło, a teraz do rzeczy.

    Chadzam na randki, wiadomo, od zawsze mam kłopoty z ustabilizowaniem życia. Z mojej listy faceta idealnego sprzed lat zostało już niewiele: niepalący, pracujący, w zbliżonym wieku i posiadający auto. To naprawdę lista minimum, której się trzymam, aby uniknąć potem nieporozumień, bo już znam siebie na tyle, aby wiedzieć, że odstąpienie od jakiegoś punktu doprowadzi do smutnego końca. No ale spotkać się i tak trzeba, pogadać, zobaczyć się na własne oczy, ja nadal czekam na strzał w serce.

    Są znaki ostrzegawcze, które powodują u mnie dzwonek alarmowy w trakcie takiego spotkania [zbiór z kilku randek]
    -pan chce przyjechać pociągiem / autobusem, albo nawet nie ma prawa jazdy [52 lata, wtf], albo co gorsza stracił je.
    -pan się spóźnia
    -pan wykazuje oznaki braku zrównoważenia - zmienia zdanie, obraża się, zrywa i godzi
    -pan oznajmia, że nie pracuje, ze jest na rencie, że pracuje w ochronie
    -pan mówi o złodzieju Tusku
    -albo o tym złodzieju swoim szefie
    -a tych pedałów wszystkich to ja bym na Syberię
    -kaczyński w końcu zrobi porządek z tymi uchodźcami
    -pan mówi źle o byłej
    -pan ma obgryzione, zaniedbane paznokcie
    -co? Dlaczego chcesz bez szynki? No chyba nie jesteś jakimś, hehe, pojebanym wege cos tam. To możesz mi oddać szynkę.

    Przy każdej z tych pozycji dźwięczy mi w mózgu mały dzwoneczek, dzyń, dzyń, uważaj, może warto dać mu szansę, nie jesteś młoda, nie jesteś piękna, dzyń, nie jesteś bogata ani rozrywana przez mężczyzn, nie chcesz być chyba sama, dzyń, dzyń, ale uważaj.


    Aż tu nagle gościu znienacka zaczyna się rozwodzić nad szczegółami natury zdrowotnej bądź intymnej, jednocześnie zajadając się pizzą z szynką [tak, z dodanymi kawałkami z mojej części:


    „i jak wtedy mi to zaczęli wycinać, to zaczęło się babrać, jakieś zakażenie, i na rankach zaczął się pojawiać jakby naciek jakiś, takie białe strzępki tkanki, oni nie wiedzieli co to jest, czy to nowotwór, czy może jakiś torbiel, to się tak rozrastało [---gul mi w gardle rośnie---], a potem się okazało, że wkładali mi do rany antybiotyk i to martwe bakterie tak się odkładały i to takie biało żółte fragmenty tak było widać, a teraz mi się to nie goi w ogóle, pokażę ci”

    A u mnie w duszy już od 2 minut rozlega się przeciągłe charakterystyczne, dobrze znane wycie „O KUUUUUUUURWA DOBRAAA”, nie chcę oglądać, i już wiem, że nic z tego nie będzie, że nie będę tego gościa szanowała, że już nim podświadomie gardzę, że nie mam do niego uczucia, za to roztkliwianie się nad sobą, za brak poczucia niewłaściwości takich wyznań przed kompletnie obcą osobą, za brak zainteresowania mną w trakcie spotkania, za tę obrzydliwość, którą mi właśnie zafundował, bo już wiem, że będę takie wyznania słyszała co pół godziny. Czy ja kogokolwiek raczę opisami moich cierpień po operacji, i jak ta rurka mi wystawała z kolana, i z niej wyciekała ropa z krwią, a potem jak ją wysiorbywali i wyciągali? Nie, zostawiam te soczyste szczegóły dla siebie.

    A na koniec, wisienka na torcie. „to nie była randka, oddaj mi należność za konsumpcję”. Przeliczam skrupulatnie swoją część, wychodzi 8,63 zł, zaokrąglam w górę do 9 zł, bo tam jeszcze był sos czosnkowy i próbuję wymazać to z pamięci, żeby nie tracić wiary z męski ród, i nie przerzucać złych doświadczeń na wszystkich facetów na świecie, chociaż ciężko doprawdy.

    A, i jeszcze, fragment smsa od pana, który zdążył ze mną zerwać dwa razy, zanim jeszcze mnie zobaczył [nadal nie zobaczył i nie zobaczy, nie z mojej winy].

    "Na początku gdy powiedziałaś że śpiewasz, to już miałem złe myśli. Raz miałem do czynienia z takimi ludźmi i okazało się, że większość to alkoholicy i narkomani".

    Serio, świecie? tylko tyle dla mnie masz?

    Komentuj (19)



    miłe

    27 listopada 2018, 20:27

    -trafić na niewyzbierane miejsce grzybowe
    -kiedy wpuszczę inne auto na drodze w korku i on mrygnie
    -zegar świecący na suficie w nocy [radio z projektorem]
    -kiedy Mirce daję chrupki palcami i warknę DELIKATNIE! To ona wtedy bierze tak delikatnie samymi wargami i nie mam obślinionej ręki
    -kiedy na giełdzie utarguję 7 zł ze stu
    -wysikać się w lesie
    -kiedy budzę się sama z siebie 10 min przed budzikiem
    -kiedy przeczytałam pierwszy tom zajebistej książki i wiem, że jeszcze są dwa, i kiedy skończę oglądać pierwszy sezon boskiego serialu i wiem, że jest jeszcze sześć
    -odebrać z poczty 5 paczek z Chin
    -położyć się na kanapie i nakryć grubym kocem
    -kiedy świeci świeczka i ładnie pachnie
    -kiedy coś ugotuję / upiekę i inni mówią „ty, ale to pyszne…!”
    -jak zrobię jakieś przetwory i potem wciskam nakrętki, pyk, pyk i potem nie odskakują
    -jak uszczerbi się ząb i po wizycie u dentystyki smyram językiem po gładziutkim
    -kiedy zrobię obiad wyłącznie z tego, co mam w domu, bez konieczności wychodzenia i jakichkolwiek zakupów
    -kiedy zrobię porządek w szufladzie z przydasiami
    -lampki pod szafkami w kuchni
    -lampki nad lustrem w łazience
    -jak grają w radiu ulubioną piosenkę i mogę ją śpiewać na całe gardło
    -kiedy 25 grudnia nadchodzi chwila świadomości, że od tej pory dzień będzie coraz dłuższy
    -kiedy wymyślę jakiś plan i on się uda
    -znaleźć coś, co myślałam, że zgubiłam na zawsze i już się pogodziłam ze stratą
    -jak uda mi się samej w domu zrobić coś „techniczno – męskiego” i na dodatek działa!
    -jak w biedronce nie ma nikogo przy kasie
    -po świętach jeździć po peryferiach miasta i oglądać dekoracje świąteczne

    A Wy co lubicie miłego?

    Komentuj (11)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit