• 2018

  • styczeń
  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • 2013

  • cudowny koncert i porazka feminizmu

    14 stycznia 2018, 12:26

    Byłam w piątek w filharmonii na fantastycznym koncercie. Składał się z trzech części. Pierwsza to "Bajka, uwertura fantastyczna" Moniuszki, która, mimo nazwy - powstała jako osobna sztuka muzyczna, mająca na celu wyłącznie to, aby odbiorca mógł sobie wyobrazić dokładnie to, na co ma ochotę, więc brzmi w zasadzie jak idealny soundtrack do każdej bajki Disneya. Zawsze mi się to podobało, a teraz miałam okazję usłyszeć alive. No bajka po prostu :) Co za instrumentacja, co za harmonia niesamowita, co za bogactwo dźwięków :) Druga część to była Fantazja góralska Noskowskiego, niesamowite, na ile sposobów można przerobić jeden motyw muzyczny, i chociaż wszyscy go doskonale znają, każdy umie zanucić pod nosem "w murowanej piwnicy, tańcowali zbójnicy...", to słyszeć, co można z tego zrobić... tylko podziwiać wyobraźnię twórcy. Trzecia część to totalnie mroczne, bardzo creepy, bardzo dziwaczne "Harnasie" Szymanowskiego. W zasadzie ciężko by mi się tego słuchało, bo początek XX wieku w muzyce klasycznej to coś bardzo nietypowego, pełno eksperymentów muzycznych, zwłaszcza z rytmiką i harmonią, ale ten utwór jest przewidziany na orkiestrę, balet, chór i zespół solistów i ciekawa byłam bardzo, jak sobie z tym poradzą. Cóż, miejsca na nawet mały zespół baletowy nie było, ale był wspaniały chór, poznański chyba? oraz, jako zespól solistów, Sebastian Karpiel-Bułecka z kolegami, ubrani w góralskie ciuchy, skrzypce i śpiewający fragmenty solowe. Niesamowita charyzma artysty, super fachowe podejście, widać, że byli jako główna gwiazda programu. Ale uwierzcie mi, że chociaż chłopaki cudnie grali i śpiewali, to jednak nie mogłam oderwać oczu ani uszu od orkiestry, ani od chóru. A w ogóle cała filharmonia była pełniutka!

    Bardzo ważną częścią jest przygotowanie orkiestry do występu, to, że panie zawsze są w eleganckich czarnych sukienkach, a panowie w garniturach, ich uśmiechy, zachowanie, czasami aż widać, zwłaszcza w przypadku młodszych muzyków, jak bardzo emocjonalnie podchodzą do swojej pracy, naprawdę zazdroszczę im, że tak pokierowali swoją karierą i życiem, że mogą zarabiać na tym, co lubią. Sam budynek Filharmonii też cudowny, architektura dość nowoczesna, podziemny dwupoziomowy parking, pośrodku, bardzo sensownie, skromny, ale jednocześnie wyrafinowany bar. Gdyby nie to, że powrót nocą do domu 150 prawie kilometrów to średnia przyjemność, to pewnie byłabym tam częściej.

    No cóż, ja tez lubię swoją pracę:) ale cieszę się, że od czasu do czasu mogę mieć kontakt z muzyką klasyczną, duże formy orkiestrowe to coś, co mnie totalnie nakręca. A co najlepsze, baza danych jest tu tak ogromna, że do końca życia mogę poznawać nowe utwory i ciszyć się ich urodą.

    Wracając z koncertu odpaliłam sobie Dwójkę w radiu i akurat pan zapowiedział fragment przebudowanego przez Maxa Richtera Czterech Pór Roku Vivaldiego, no przecież to jakiś kosmos, dreszcze niesamowite, aż się płakać chce!
    Odpalcie sobie, to tylko 2,5 minuty, najlepszy fragment
    https://www.youtube.com/watch?time_continue=159&v=DLDvbnK_Sqk

    Nabuzowana muzyką dojechałam do domu, tylko po to, aby się dowiedzieć, że mama 2 godziny temu przewróciła się, zawadziła o fotel, nie może się ruszyć i czeka z telefonem na pogotowie na mój powrót. Więc zaraz pogotowie, szpital, prześwietlenie, dwa złamane żebra, poza tabletkami przeciwbólowymi i ewentualnie obowiązaniem się nic nie można zrobić.

    Załamało mnie to - taki mentalny spadek z bardzo wysokiego konia.

    Ostatni tydzień, to był pierwszy tydzień w pracy. Po urlopie byłam tak wypoczęta, tak mi było błogo z moim postanowieniem dbania o siebie, że ten wypadek mamy to był jak strzał młotem prosto w łeb od losu, gdzie się pchasz dziewczyno, co ci w głowie siedzi, odpoczynek? relaks? zapierdalaj do roboty, co ci się zdaje, że możesz myśleć o sobie? no tak to nie będzie, kochana, wybawiłaś się za młodu... koncentracja na Oli? nie rozśmieszaj mnie...

    Zaangażowałam się w zbieranie podpisów pod projektem "Ratujmy kobiety". Zbierałam je w pracy, wśród znajomych, rodziny. Tłumaczyłam, rozmawiałam. Podpisy wysłane. Śledzę losy tego projektu na fb i w tv. Czekałam na złożenie projektu ustawy do Sejmu. Ale w najgorszych snach nie sądziłam, że to się tak skończy, jak się skończyło. Dla tych, co nie w temacie - projekt zakłada znaczne złagodzenie obecnej, bardzo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej [wbrew temu co się gada, to nie jest żaden kompromis, tylko już jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw na świecie], poprawę edukacji seksualnej, dostępu do antykoncepcji. Ku mojemu żalowi, w obecnym projekcie nie ma ani słowa na temat umożliwienie kobiecie sterylizacji na żądanie, chyba zostało to niestety przeoczone. Obecnie jest w Polsce zakaz, oczywiście tylko dla kobiet, mężczyźni mogą robić co chcą. I co się stało - na pierwszym posiedzeniu, na którym miała zapaść decyzja, czy projekt w ogóle będzie rozważany w sejmie, zabrakło głosów tych, którzy niby są za nami, kobietami. Zabrakło przede wszystkim głosów Nowoczesnej.pl, tłumaczących się potem, że to wbrew ich światopoglądowi, jakby nie rozumieli, banda kretynów, że po pierwsze, jest to tylko posiedzenie w sprawie skierowania projektu ustawy do dalszych prac, a po drugie, nie powinni swojego światopoglądu narzucać milionom kobiet i dać im zwykłą szansę. My nie potrzebujemy wrogów, mając takich przyjaciół... Katarzyna Lubnauer w wywiadzie dla Zetki stwierdziła potem, że posłowie są nowi i nie znają procedur - na litość, oni tam PRACUJĄ JUŻ PONAD DWA LATA! w ten prosty sposób projekt trafił do kosza.

    Taki Kaczyński, jak się domyślam, śmieje się w głos, on przecież będzie rządził do usranej śmierci razem z tą swoją bandą tchórzliwych nawiedzonych oszołomów, czy cała nasza opozycja to jest tylko banda idiotów? Czy naprawdę nie ma nikogo zorganizowanego, ogarniętego w polskiej polityce, nikogo charyzmatycznego, kto mógłby stanąć na tych naszych barykadach i silną ręką poprzeć kobiety? Nikogo, kto silną ręką nie obejmie tych posłów, posłanek, osłów i oślic, i wyznaczy jasno, co należy robić, aby jednak nadać naszemu prawu i środowisku jako taką równowagę? Póki co, PIS naprawdę nie ma z kim przegrać. No nie ma.

    Ten kraj zaczyna przypominać pod względem religijnym i reprodukcyjnym, straszny świat znany z "Podręcznej". Czy my naprawdę musimy służyć wyłącznie do rodzenia dzieci, a sam seks dla przyjemności, bez groźby ponoszenia konsekwencji ma być dla nas niedostępny już nigdy? W takim świecie chcemy żyć? Mężczyźni nadal mogą robić co chcą dla swojej przyjemności, nie muszą wcale ponosić konsekwencji, przykład, mój były mąż, jedno dziecko za drugim, już piątka na świecie z czterema kobietami i co? śmieje się w twarz prawu alimentacyjnemu i wyjebane na wszystko. I każdy jeden tak może. A w telewizji reklamy viagropodobnych specyfików mają się doskonale... Przesłanie jest jasne - mnóżcie się na potęgę, tylko po to, aby ratować polski system emerytalny, i tak na skraju przepaści, nigdy w życiu ten kolos na glinianych nogach nie stanie stabilnie. A Świat sam w sobie już jest przepełniony, i życie na nim nie jest żadną nadzwyczajnością.

    Komentuj (14)



    podpisz petycję proszę

    07 stycznia 2018, 21:52

    Słuchajcie, taka prośba. Tu poniżej daję linka do petycji. Nie wiem, na ile to może przynieść skutek, ale może. Petycja dotyczy schroniska dla piesków niedaleko ode mnie. U nas są dwa schroniska, jedno miejskie, drugie prywatne - i to właśnie o to prywatne chodzi. Jest prowadzone od dawna przez człowieka, co do którego od zawsze istniały podejrzenia nie do końca etycznej działalności. Przeczytajcie, zdecydujcie. Ja podpisałam. Może to coś zmieni.

    http://tnij.at/schronisko

    Dziś ostatni dzień urlopu. Po raz pierwszy od bardzo dawna mogę powiedzieć, że naprawdę odpoczęłam. Wyleżałam się, wyspałam, wygniłam na kanapie ile mogłam, nadrobiłam seriale i filmy, wysprzątałam chałupę na błysk i to na bieżąco, spędziłam masę czasu na dworze na spacerach z sierściuchem, wygrzałam się [ciekawe ile dopłaty [przyjdzie za ciepło, hehe], załatwiłam wszystkie chyba zaległe sprawy. Boże, odpukać, jak mi dobrze. Tak mi straszliwie brakowało takiego właśnie luzu. I wracam do roboty może nie z entuzjazmem, bez przesady, ale z ciekawością, co mi nowy rok przyniesie, a na pewno nie z niechęcią i żalem. Zadowolona jestem :) Na tę okoliczność zrobiłam nawet ciacho do pracy.

    Dziś mróz ścisnął mocno na wieczór, aż odstawiłam auto do garażu, chociaż nie powiem, że odpaliłam bez trudu. Tzn odpaliłam, ale szyby musiałam skrobać długo i zawzięcie - jakoś moja skrobaczka nie jest najlepszej jakości, muszę poszukać innej. Wszystko skostniałe nawet od środka. Muszę doliczyć kwadrans rano przed pracą, czyli jutro wyjścia z domu o 6:15. Spoko :) Jestem wypoczęta :) Co innego mnie martwi - wróciły po raptem trzech miesiącach żurawie. 2 pary stoją na polu, gdzie czasami chodzę z Mirką. Co z nimi będzie:( Przecież w taką pogodę to one zaraz ech...

    Komentuj (3)



    postanowienie

    02 stycznia 2018, 21:34

    Właśnie podjęłam postanowienie noworoczne. Otóż w tym roku będę się interesowała głównie sobą i swoimi sprawami. Moje sprawy, moje potrzeby, mój czas nade wszystko. Wiem, są sprawy, których się nie da uniknąć. Ale pracuję nad asertywnością. 2016 to był rok koncentracji na rodzicach. 2017 to rok koncentracji na Młodej. 2018 to rok koncentracji na Oli. Zdrowa dawka egoizmu na pewno mi nie zaszkodzi.

    Wiecie co, na tę okoliczność zgłosiłam się do losowania biletów do Filharmonii Wiedeńskiej na Koncert Noworoczny 2019, od razu dwa bilety. Oczywiście na bilety za normalne miejsca to mnie nie stać, ale zapisałam się na balkon z organami nad orkiestrą. Cena 80Eur/sztukę. Plus dojazd i nocleg w Wiedniu - to pewno będzie dużo więcej. Ale to dla mnie ważne wydarzenie. Co prawda słyszałam, że podobnie myśli 400 tys osób na świecie, więc zapewne zginę w losowaniu, ale przez dwa miesiące będę żyła nadzieją, a potem będzie już wiosna i życie całkiem inne :)

    Nadal odpoczywam. Auto w warsztacie, więc nawet nie mogę nigdzie pojechać i nic nikomu załatwić :D no jakże mi z tego powodu wszystko jedno. Tylko Mirki szkoda, bo ominął ją dziś i pewnie jutro wyjazd do lasu - zresztą leje jak z cebra. Coś moja przepowiednia odnośnie zimy stulecia nie chce się spełniać. Chyba nie jestem jasnowidzem, ani nawet domorosłym meteorologiem.

    Dziś sobie wysprzątałam spokojniutko wszystko na błysk i rozkoszuję się nicnierobieniem. Chyba szefowi postawię kawę na okoliczność zgody na trzeci tydzień urlopu. Zużywam zapas świeczuszek, gromadzony skrzętnie cały rok. No uwielbiam ogień, nawet mały płomyk daje całkiem inną atmosferę. Uprałam mamie koc, takie rzeczy pierze się u nas ręcznie za pomocą wanny, nóg i całego dnia deptania w ciepłej wodzie, w wodzie zmienianej co godzinę. Też sposób na relaks i prawie że spa :D W ogóle jaka metoda na Sylwestra z psem, słuchajcie. Zamknęliśmy się z Mamą, Wujkiem i psem w jednym pokoju, stół pełen żarcia, tv na max cały wieczór i pies dał się oszukać, żadnych huków nie było słychać, pies nie panikował, bo wie, że w tym pokoju zawsze tv chodzi na maxa - mama słabo słyszy i te wszystkie ambitne trudne sprawy są zawsze na level 60. Polecam sposób.

    Od przyszłego poniedziałku wracam do pracy, pełna energii i zapału - ktoś musi na ten Wiedeń zarobić, nie? :) Następny Sylwester spędzę z kimś, kogo kocham, szanuję, z kim będzie mi dobrze, w pokoju hotelowym w Wiedniu. I chuj.

    Komentuj (10)



    Auto się popsuło

    30 grudnia 2017, 20:57

    Nie ma to jak kończyć stary rok z hukiem. Zawsze pilnuję starannie, aby na Nowy Rok nie zostawać z niezałatwionymi sprawami, bez długów, na zero. Żeby nic nie robić, o niczym nie myśleć, przelewy popłacone, salda posprawdzane. Wczoraj wracamy z Młodą z dorocznego koncertu z chórem, największego, z największym przytupem, najdłuższego - no w tym roku to już masakra jakaś, 3 godziny w kościele to za długo dla takiego grzesznika jak ja - i chuj, szlag by trafił, poszedł przewód do płynu hamulcowego. Cud, prawdziwy kurewski cud, że stało się to o 22 w nocy, na kompletnie pustej drodze, przy prędkości 50km/h, rozumiecie to? Wziąwszy od uwagę, że za 8 godzin miałam wyjechać w trasę 450 km, żeby odwieźć Młodą do akademika i wrócić, a to mogło się stać w każdej chwili, i jak pomyślę, że np na obwodnicy przy 120 na zegarku, to mi słabo, wiecie. To pewno nagroda z góry za ten koncert, hehe.

    Dobrze, że wujek na miejscu i auto pożyczył na rano, a moje niestety stoi i chyba we wtorek z rana na jakimś sztywnym holu do warsztatu. Ale to nie jest dobra wróżba, popsute auto pod domem w Sylwestra :D

    Młoda już w akademiku, ja z Mirką, która już teraz jest spanikowana, spędzimy Sylwka z mamą i wujkiem, głównie ze względu właśnie na psa. Niech chociaż ma nas wszystkich w kupie, skoro HUKAJĄ na zewnątrz. Na co mi przyszło na starość :D

    A potem jeszcze tydzień urlopu, co za niesamowite uczucie...

    Komentuj (2)



    bez życzeń świątecznych

    24 grudnia 2017, 12:32

    Wiecie, nie lubię jakoś życzeń takich bezosobowych. Dostaję na fejsie, na gg, na sms, jakieś linki, obrazki z życzeniami, dla mnie one nie istnieją... to takie krzyczenie w przestrzeń - życzę wszystkim wszystkiego najlepszego! Nieuprzejme. Nie lubię. Uwielbiam dostawać znak, że ktoś w ogóle myśli o mnie, składając te życzenia - już zwykłe dodanie przed życzeniami "Olu, wszystkiego najlepszego", jakoś zmieniają odbiór. A już jak ktoś na fb robi grupę tylko po to, żeby wszystkim wysłać mieniący się obrazek, uważam za szczyt bezczelności i pójście na łatwiznę. Składanie życzeń nie jest jakimś zasranym obowiązkiem. Ja się nie obrażam, jak ktoś mi nie złoży życzeń. Sama składam życzenia spersonalizowane i tylko takie chcę czytać - życzenia ogólne mnie nie dotyczą i ich nie uznaję.
    Całe szczęście, że te życzenia, które mi tu zostawiacie, są tylko dla mnie :D W ogóle uwielbiam, jak ktoś się zwraca do mnie po imieniu. Jakieś to miłe takie :)

    Aha - widzę niekonsekwencję. Sama tu złożyłam życzenia notkę czy dwie temu :D To było dawno. A ja już mam dość brzęczenia telefonu, gdzie zamiast informacji tylko dla mnie jakiś spam świąteczny...

    Dobra, lepiej idę pierogi lepić. Drożdżówka już, sernik już, sałatka już, ciasteczka już, farsze do pierogów i uszek już. Ciekawe czy Mirka dziś coś powie ludzkim głosem :)

    Komentuj (5)



    boże narodzenie 2017

    23 grudnia 2017, 14:21

    Wiecie, gdybym chciała, mogłabym mieć co tydzień innego młodego. Nie mogę tego pojąć. Im się chyba zdaje, że jak kobieta po 40, to już zaraz milf, wulkan seksu, chodzący erotyzm, bestia łóżkowa i nie myśli o niczym innym, jak tylko wyładować szalejącą żądzę na pierwszym lepszym 25-30latku. I nie patrzą, że matka dzieciom, że stara i pomarszczona, że [znowu niestety] gruba, że nawet mejkap nie pomaga, że kulawa i paznokcie wcale zrobione, że pod blondem siwizna, że nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać o dupie maryny. A im bardziej odpycham, tym bardziej lgną. Z trudem się powstrzymuję, aby nie wciskać im na siłę mojej córki, myślę, że nie byłaby zachwycona takim organizowaniem jej życia osobistego, ale co ja poradzę - oni wszyscy są super, inteligentni młodzi mężczyźni, ogarnięci życiowo, mili, pracujący, na poziomie, zięciowie idealni. Niechże się któryś zainteresuje moją cudowną córką, zamiast kierować pożądliwie wzrok na nieosiągalne. Podobnie patrzą na mnie 55-60 latkowie, ale dla mnie z kolei to nadal przesada. Naprawdę uważam, że dla mnie najlepszy byłby ktoś z mojego pokolenia.

    Ale żeby tak się mną w końcu zainteresował jakiś równolatek, to nie, kurde. Dla nich obiektem zainteresowania, o ile tylko są dość młodzi, są 30 latki :) Dla których 40 latkowie to stare dziady. A dla 40 latka ja jestem starą babą :D Boże, jaki to straszny labirynt, te uczuciowe sprawy. No i dobrze, póki co wolna chata przydaje mi się wyłącznie do tego, aby zażywać długo wyczekiwanego relaksu po robocie. No nie chcę tych młodych, nie chcę, fajnie się z nimi rozmawia, ale to są rozmowy tak bardzo bezperspektywiczne, tak tylko dla mielenia palcami i czczych rozmyślań, co by było, gdybym spotkała takiego 15-20 lat temu, ale znowu, wtedy na mnie by nawet nie spojrzeli iii wiadomo.

    A teraz urlop i Święta, co za cudowny czas! Ile wolnego :)
    Wnerwiłam się na moją starą kanapę. Nie ma sposobu ustawienia jej z fotelem tak, aby odsłonić kaloryfer i cenne ciepło wbija się w plecy - a to fotela, a to kanapy. Już mało brakowało, a wywaliłabym wściekle na złom. Ale jak tylko się na ten kanapie położę, zaczynam odczuwać tak niewiarygodny komfort i relaks, ona jest tak spalna i zapadzista, jak żaden inny mebel. Chyba po świętach zarządzę przesunięcie albo wydłużenie kaloryfera :D Bo z kanapą się chyba nie rozstanę za nic...

    Laptop działa jak burza.Ile filmów oglądam i jak szybko :D Ale odkurzacza już mam dość i zaraz go chyba wystawię za pół ceny. Odkurza jak trzeba, ale konieczność odstawiania / ustawiania krzeseł itd doprowadza mnie do szewskiej pasji. Czasowo jest to dla mnie totalnie nieopłacalne. Zostawiam go w domu na razie tylko z uwagi na moje plecy, bo odkurzanie tradycyjne jest dla nich zabójcze.
    Czytam sobie książki. Za paczkę wysłaną inpostem, a odebraną w ciągu 4 godzin, dostałam w gratisie 30 dni w showmaxie, plus okres próbny 14 dni daje półtora miesiąca oglądania filmów za darmo. #cebula bardzo, bardzo.

    Idę piec sernik z rosą, klasyk i hit każdych świąt u nas. Kochani, wszystkiego dobrego dla Was ! :)

    Komentuj (3)



    długo wyczekiwany urlop

    18 grudnia 2017, 18:49

    Wiecie co, walnięta jestem. Właśnie kupiłam sukienkę ślubną. Nie, żebym miała jakieś tajne zamiary, absolutnie :D Ani zamiarów, ani kandydata na zamiary nawet. Ale po prostu zobaczyłam ją i wiedziałam, że musi być moja. Kosztowała grosze i nawet nie wiem, czy będzie na mnie dobra, chociaż teoretycznie tak. Mam szczery zamiar ją przymierzyć, bo wiecie, nigdy nie miałam takiej poważnej sukienki ślubnej, i powiesić do szafy. A może wywołam wilka z lasu na 2018 rok, co? :D Ale by były jaja. Co prawda, jestem bardzo negatywnie nastawiona do jakiegokolwiek ograniczania mojej ciężko wypracowanej niezależności, w szczególności ślubów, a już przymierzanie w domu sukienki ślubnej z takim nastawieniem, jakie ja mam, trąci jakby o lekką chorobę psychiczną, to i tak.

    Właśnie zaczęłam urlop, yeaaaah! Oczywiście, jak to każdy urlop, pierwsze parę dni to będzie latanie i załatwianie spraw rozmaitych urzędowych, w szczególności dziś poświęcałam czas, tadam, kto zgadnie, tak, ojca sprawom, ZNOWU!!! Jutro znowu bieganina i lepienie pierogów do pracowej Wigilii, pojutrze ta Wigilia, a potem to już przygotowania do Świąt, wcale nie jakieś wielkie i błogie lenistwo i nic nierobienie, cieszenie się nowym lapem, filmy na kanapie, ja chyba ze szczęścia, które powoduje sama świadomość niemuszenia nic, jajko zniosę albo się rozpłynę albo coś.

    W sobotę byłam na takiej imprezce, niby, że integracyjnej, balety pierwszy raz od kilku dobrych lat. Młoda była na weekend, więc mnie obiecała odebrać z lokalu o stosownej porze, mogłam więc także napić się alkoholu i cieszyć brakiem skrępowania, które mogą wywołać tylko promile we krwi :D Trafił mi się tancerz w sile wieku, wydawał mi się ciut starszy niż ja, ale co za talent! jaka dominacja w tańcu, jakie zdecydowanie, jakie ruchy rytmiczne, jakie prowadzenie partnerki! dwa dziadki tak porządziły na parkiecie, że młodzi tylko śmiechem prychali, bawiąc się w te swoje bezruchdanse. Niestety okazało się, że żonaty, tak więc nic, proszę państwa, nic. Żonatych tępimy. Ale potańczyć można. Mimo kolana, które od niedzieli napier...dziela nieziemsko, dziękując mi serdecznie za 4 godziny szalonych wygibasów.

    Piesełek wybiegany, nie ogarnia, co to, weekend czy co, że tyle czasu w lesie, śpi teraz jak zabita. Kupiłam taką śmieszną taśmę ledową, obwiązałam wokół smyczy i teraz świeci w ciemności jak choinka :D bardzo dobrze, przynajmniej widać ten szatański pomiot wieczorem, jak krąży po krzaczorach. To ja idę przywitać się z kanapą :D Wesołych Świąt, jakby coś:)

    Komentuj (4)



    chwila grozy

    11 grudnia 2017, 17:32

    Ej, patrzcie, co dostałam. Takiego maila. Na starym blogu jest 11 lat mojej pisaniny!


    [URL=https://www.fotosik.pl/zdjecie/942f8de214bc60cf][IMG]https://images81.fotosik.pl/935/942f8de214bc60cfm.png[/IMG][/URL]

    tu niby ma być zdjęcie, ale stara się robię i to oczywiście przekracza już moje możliwości umysłowe. No z grubsza chodzi o to, że zamykają stary blog.pl, gdzie zaczynałam lat temu 16!!!

    Co prawda nie przypominam sobie, abym chociaż raz tam zerkała w tym roku, ale pozwolić na skasowanie, to tak jakby spalić pamiętnik po dziadku - nieodwołalna strata. Nie wiem, co mam zrobić. Nie umiem Wordpressa. A może po prostu takie jest przeznaczenie? Przecież jak ja spakuję do jakiegoś pliku niby ponad 1100 notek, a wiadomo, że większość z nich to kobyły, to mi się na nówce lapie nie zmieści :D a każda chmura pęknie. Nie za bardzo mam czas do namysłu. Aaaaajajaj.... oni tam proponuja bezplatny wordpress.com . Ale ja nie wiem, po co niby miałoby mi się to wszystko przydać. Zobacz dziecko, powiem za parę lat, tak oto mamusia wesoło spędzała młodość? wiadomo, że nie. Wnusiu tym bardziej. Ale jednak szkoda. Niedługo zaczynam urlop to coś wymyślę :) Póki co ankieta, zachować dla potomności, czy pozwolić niech spocznie na śmietniku początków internetu polskiego :)

    Oj tam, oj tam, zrobiłam ten niby eksport i raptem moje 11 lat pisaniny to niecałe 20mb plik. Tyle to warte. Zaraz coś wymyślę, a może by tak na fejsa się przenieść z całym majdanem? Tylko weż potem konta nie pomyl. Ktoś tak zrobił i jest zadowolony? Z tym, że na fejsie to trzeba krótko i zwięźle, a ja wiadomo, piszę rozwlekle i ślamazarnie, depesze blogowe to nie dla mnie. Ech.

    Komentuj (18)



    jesień w pełni, zaraz zima

    03 grudnia 2017, 10:24

    Listopad da się lubić tylko z jednego powodu. Mianowicie w końcu po wiosenno-letni-jesiennych strzałach słonecznych moja cera wraca względnie do normy - znikają przebarwienia i plamy i znowu nabieram nieziemskiego blasku, hehe. Nie, to żart oczywiście, jest to jak najbardziej ziemski blask, ale przynajmniej ostuda siedzi cicho. A do stycznia mam spokój :)

    Jakiś czas temu złożyłam w sądzie okręgowym wniosek o międzynarodową egzekucję alimentów. Korespondencja idzie wolno, w ogóle cała procedura ma żółwie tempo, bo każde pismo, które przysyłam ja, musi być tłumaczone przez tłumacza przysięgłego i dopiero wysyłane do Niemiec, tam nabiera mocy urzędowej, ktoś coś robi, odsyłają pismo, które potem musi być tłumaczone i dopiero odsyłane mi wraz z komentarzem. Znacie tempo polskich urzędów - zazwyczaj taka wymiana w jedną stronę trwa ok 4 miesięcy. Przyszła zwrotka na pismo z lutego bodajże czy z kwietnia, że nie odkryli, aby exmąż pracował legalnie, ale jeśli mam informacje, że pracuje nielegalnie, to muszę mieć świadomość, że są to dochody, które podlegają konfiskacie i nie dostanę z nich ani grosza. Z tym pogodziłam się już dawno, natomiast żywię głęboką nadzieję, że w końcu go na tym nielegalu złapią i trafi do jakiegoś pierdla czy coś, a jak nie, to niech całe życie żyje ścigany jak szczur, żeby nie miał się jak ukryć, niech się ogląda na każdym swoim kroku. Może.

    Młoda radzi sobie na studiach cudownie. Fakt, że dostała akademik, bardzo ratuje sytuację, finansowo głównie, ale ten akademik jest tak blisko uczelni, odpadają dojazdy, wiadomo, strata czasu i pieniędzy. Akademik najtańszy, wiadomo, kibelek wspólny na korytarzu. Zawsze znajdzie się jakaś fleja, która osra kibel na stojąco i zostawia, Młoda cierpi, wkłada rękawice gumowe i sprząta, bo co jak co, ale na czystość w kiblu jest wyczulona. Nie pojmuję tych kobiet, akademik czyściutki, wyremontowany, łazienki eleganckie, co może powodować taką jedną z drugą, że zostawiają po sobie kibelek w takim stanie? Młoda czasami podsyła mi zdjęcia, to jakiś dramat. Chociaż oczywiście to żadna nowość, już za moich czasów tak było i pewno 50 lat temu i za 50 lat też.

    Jeśli sytuacja będzie taka jak teraz, a odpukać, nie jest źle, to nie przewiduję śmierci głodowej. Powiedziałam mamie, że jak Młoda skończy już studia, to ja będę bogatą kobietą - całe moje dochody tylko na mnie jedną. Mama spojrzała na mnie wymownie i rzekła, ciężko wzdychając "Cóż, ja też tak myślałam". O kurde - fakt - może jakieś mieszkanie, może ślub, może - oby jak najszybciej i jak najwięcej! - wnuki, będzie na co zbierać kasę.

    Póki co, korzystając z oszczędności, postanowiłam ułatwić sobie życie i kupić odkurzacz automatyczny. Próbowałam wycyrklować pomiędzy kosmiczną ceną roomby za 2-3 tysiące i prawdopodobnym niedziałaniem viledy za 99 zł. Skorzystałam z wyprzedaży listopadowych na aliexpress i kupiłam ilife'a a6 za niecałe 800. Nie wiem, mam mieszane uczucia. Na pewno nie mapuje, jeździ losowo. Pokonuje bez problemu 2 cm próg, ale poddaje się na podjeździe pod lekki, płaski dywan, który nie leży stabilnie. Niby ma opcję sprzątania wzdłuż ścian, ale wystająca framuga drzwi jest dla niego sygnałem, że to ściana w poprzek i dalej nie jedzie. Sprząta niewiarygodne ilości brudu, jestem zawstydzona i nie rozumiem, skąd on ten syf wymiata i to za każdym razem - gdyby nie fakt, że dom zamknięty i tylko ja tu jestem, przysięgłabym, że ktoś mu ten syf dosypuje. Mirka już zmieniła sierść, więc ciekawa jestem bardzo, co będzie, jak znowu na wiosnę zacznie gubić zimowe futro. Robot najlepiej działa w opcji, kiedy dostaje do sprzątnięcia pojedyncze zamknięte pomieszczenie. Całe mieszkanie naraz to za dużo, gubi się, jest niedokładny. Wnerwia mnie niebotycznie konieczność popodnoszenia wszystkiego z podłogi przed odkurzaniem, psie legowisko i miski, dywany, krzesła, jakieś inne tymczasowe sprawy typu karton czekający na wysłanie. Już szybciej bym zamiotła i zmyła mopem. Ale z drugiej strony, ja nie zmiatam takich ilości co robot, a o to jednak chodzi, aby ktoś sprzątnął za mnie, dokładniej. Tak więc na razie zostaje, ale na pewno nie mam aż takiej euforii jak inni użytkownicy tego sprzętu. I na pewno nie jest to takie zbawienie jak np zmywarka.

    Mirka czochra się niemożliwie. Od sierpnia wypróbowaliśmy już z wetem wszystko. Pcheł nie ma ani innego robactwa. Antybiotyki, krople, leki. Bakteriologicznie czysta. Zrobiliśmy za straszliwe pieniądze testy alergiczne - uczulona tylko na kukurydzę, ale nie dostaje jej pod żadną postacią. Problemy z tarczycą wykluczone. Świerzb i od-kocie schorzenia wykluczone. Wet już rozkłada ręce, nie wie, co dalej, a pies ma przeczulicę, czochra się dalej, i to straszliwie, nawet na dworze, co powoduje u ludzi od razu reakcję, ojej, piesek ma pchełki, dam pani nazwę takich dobrych kropelek na pchełki. I weź tłumacz. Jedyne rozwiązanie to doraźnie zastrzyki sterydowe, ograniczające świąd objawowo, ale pobudzające apetyt i Mirka je jak koń, piszczy, błaga, przynosi piłeczki, trąca nosem. Na dodatek pies dostał jakichś brodawek - 4 na ciele - które trzeba wyciąć, bo się ślimaczą. Poproszę weta, żeby po wycięciu za 2 tygodnie je przebadał pod kątem nowotworowym, bo jedna z nich jest na ogonie, gdzie Mirka miała wycinany guz. Mirka po wyjeździe Młodej jest stworzeniem, na które przelewam wszystkie moje uczucia macierzyńskie, zdecydowanie nie zdążyłam NABYĆ SIĘ mamą i mam w sobie ogromne pokłady miłości, które domagają się ujścia. Biedny pies.

    Ale co tam - przed nami grudzień ! dostałam już prawie zgodę szefa na trzytygodniowy urlop, z tego tydzień będzie w domu Młoda - święto. Boże Narodzenie, najmilsza pora roku, gotowanie, jedzenie, zakupy i czas z rodzinką moją kochaną. Jak zwykle u nas, zachodniopomorskie omijają wszelkie katastrofy pogodowe - kiedy cała Polska zasypana śniegiem po pas, u nas spokój. Kiedy wszędzie mrozy - u nas średnio. Upały w lato, u nas średnio. Kraina umiarkowania. Dziś raptem -4 i pogodnie, a w całej Polsce zima zaskakuje drogowców. Jadę z piesełkiem do lasu. Wczoraj znalazłam kurki :D

    22 listopada zmarł fantastyczny, charyzmatyczny, wyjątkowy baryton, Dmitrij Chworostowskij. Wiadomo, że lubię te klimaty, znam gościa z wielu jego występów, poza tym, że fantastyczny głos, to facet niemożliwie HOT. I zmarł, mając zaledwie 55 lat. Szczerze, ostatni raz poczułam taki żal w 1997 roku, po śmierci Księżnej Diany. Przykro mi bardzo z jego powodu.

    Komentuj (8)



    wrzody różne

    12 listopada 2017, 19:59

    To były tak cholernie męczące dwa tygodnie, że nie da się tego opisać. Fizycznie i psychicznie mnie to wycieńczyło tak, że mogłabym wyć. Do grafiku doszło jeszcze parę urzędów, jeszcze parę wycieczek, a ciężko się to wszystko robi słuchając tych wszystkich chorych zwierzeń o przeszłości, zmagając się z mentalnością człowieka, przyzwyczajonego przez żonę do obskakiwania na każdym kroku. Córciaaa, podaj to, tamto, zrób. Kurwa, ile można mówić, że kosz na brudne pranie stoi w łazience. Nie, gacie i koszulka po każdej nocy i po każdym dniu leżą na łóżku do zgarnięcia. Ja stawałam na głowie, żeby pomyć wszystkie szafki kuchenne - zbędnie, bo ten człowiek nie jest przyzwyczajony sam sobie nawet herbatę zrobić. Oni mają jasny podział - ty przynosisz do domu kasę, a ty zajmujesz się domem i wszystkim innym. Schorowanego człowieka, przyzwyczajonego całe życie do tego, że ma wszystko pod nos stawiane, i wszyscy się do niego dostosowują, skaczą na paluszkach i spełniają życzenia, ciężko dopasować do mojego życia, gdzie wspólnie dba się o dom i uzgadnia wspólnie wszystko. A już trzymanie się mojego skrupulatnego planu tak, aby jaśnie panu wszystko udało się załatwić, co miał w planach, to była katorga - ja mam w zwyczaju mieć plan i się go trzymać, staram się być punktualna, słowna tak, żeby każdy wiedział, że jak ja coś powiem, to tak będzie. A tu, wszystko się jebie na każdy kroku i usiłowanie trzymanie całego grafiku w kupie to jakaś droga przez mękę, kuuurwa nienawidzę takiej rozlazłości i takich toksycznych ludzi. Od zaciskania zębów i sztywnych uśmiechów boli mnie już szczęka, a i mój żołądek mówi jasno - czas na wrzody. Oddałam temu człowiekowi coś, co jest dla mnie najcenniejsze i nie do odzyskania, mianowicie mój wolny czas, i mam nadzieję, że jest tego świadom.

    Przysięgam, ta kasa, którą za to mam, to najciężej zarobione pieniądze w moi życiu. Wystarczy na laptopa i na odkurzacz automatyczny, na szczęście w sobotę były wielkie wyprzedaże na aliexpress.

    Całość przypominała mi jako żywo narastanie wielkiego i bolesnego wrzodu, i na koniec operację usunięcia go w cierpieniu, płaczu i zaciskaniu zębów przed wrzaskiem. Sobota, kiedy w końcu zostałam sama, ze świadomością, że Młoda już na studiach, straszna wizyta za mną, rodzice - mama i wujek - względnie zdrowi, i nie czeka mnie już na razie nic więcej, była jak wyzwolenie umysłowe, jak objawienie, .

    Czuję się chora i wymęczona, jednak nie jest mi dany urlop i wypoczynek, muszę jakoś dotrzymać do świąt. Wytrzymam, żeby nie wiem, co. Choinkę chyba postawię w tym tygodniu, żeby się nią nacieszyć :D nie, choinki nadal nie ma gdzie postawić. Znowu będzie filar obwiązany girlandami i światełkami.

    Jezu, nic nie muszę, nie nie planuję, nic na razie nie będę robiła, NIC! nade mną gdzieś w oddali wisi tylko obietnica "Córciaaaaa, cieszę się z tej wizyty, ma nadzieję, wszystko nam [!!!!!!!!] się udało tak dobrze załatwić, za rok znowu tak miło spędzimy urlop". Za rok to ja mogę już nie żyć, tfu.

    Jak ja kocham swoje mieszkanie, swoją rodzinę, Młodą, Mamę, Wujka, czasami irytujących, ale kochanych i przewidywalnych, troszczących się o mnie, jak ja o nich, pozwalających mi na planowanie, organizowanie i dostosowujących się do mojego czasami zbyt mocno naciskającego sposobu bycia, rozumiejących, że to jedyna opcja, aby w końcu zrealizować coś, co się chce. Że jak chcą ode mnie pomocy w zorganizowaniu wyjazdu do lekarza, to muszą się dostosować jak mówię, że wyjazd o tej i o tej, musimy mieć ze sobą tato i owamto, wracamy wtedy i nie ma odstępstw. Kocham ich wszystkich, kocham moją rodzinę. Są moim wsparciem, moją OHANĄ, moim życiem, moim światem.

    Komentuj (4)



    chcę do lasu

    28 października 2017, 14:07

    Słyszałam kiedyś, że podobno ilość zwojów na mózgu świadczy o jakości jego pracy. Po ostatnim tygodniu, kiedy organizowałam sprawy ojca i kończyłam sprawy służbowe sprawił, że w piątkowe późne popołudnie wyszłam z pracy, czując się, jakbym zamiast mózgu miała kłębek wełny, sponiewierany przez wściekłego kota, dodatkowo chorego na parwowirozę. [swoją drogą, dziwna sprawa, słowo "parwowiroza" napisało się samo, i dopiero jak je zobaczyłam napisane, zastanowiłam się, skąd je mogę znać i co oznacza. Sprawdziłam, w sumie nawet prawidłowo go użyłam. dziwne.] Mózg mi rozlatuje się na strzępy, fragmenty odstają na boki, obślinione, obgryzione i bezsensowne, rozdarte na sto stron naraz, wyglądające żałośnie, nie do użycia już nigdy więcej. W końcu urlop.

    Jednak jak wielka jest siła zdolności regeneracji u człowieka, to mnie nigdy nie przestanie zadziwiać. Sobotni poranek od 3 tygodni zarezerwowany na fryzjera, ale zaraz potem zakupy, pies w bagażnik i do lasu. Dla mnie to jest jakieś magiczne miejsce, źródło siły, relaksu, odpoczynku, odrodzenia, jakkolwiek durnie i patetycznie to brzmi. Jadę tam, wdycham sosnowe, czyste, wilgotne powietrze, liście, szyszki, mech szurają pod stopami, cisza i spokój, Mirka tylko zwiedza chaszcze. I zaczynam fizycznie czuć, jak te moje pokręcone zwoje mózgowe zaczynają się pomalutku znowu scalać, prostować, łączyć, wygładzać, sączy się cisza, przestaję myśleć o 300 rzeczach naraz, zaczynam czuć bicie swojego serca, czuję, że jednak żyję i może jest szansa na to, aby mnie nie wywieźli w kaftanie. Nie ma już w lesie nikogo, parę grzybów się uchowało, ale ja tam już nie po grzyby pojechałam, ale po to, aby poczuć ten spokój, powietrze i ciszę.

    Gdzieś w moich genach jest jakiś dziki, prymitywny człowiek sprzed tysięcy lat, bojący się hałasu i zamieszania, najlepiej czujący się w cieniu, w lesie, ubrany w futra, tulący się do drzewa podczas burzy, zbierający i jedzący korzonki, i srający w kucki. Nie nadaję się na mieszczucha, chociaż oczywiście chętnie żyję w cywilizacją za pan brat, korzystając z auta, internetu i centralnego ogrzewania. Ale gdybym mogła mieć to wszystko, mieszkając lesie, pracując zdalnie, to nie wahałabym się ani chwili. Kanada - Kanada - Kanada. A już na pewno nie chciałabym mieszkać w żadnym dużym mieście, nie mając możliwości dojechania do lasu w 10 minut, aby w odosobnieniu położyć się na mchu i spojrzeć w korony sosnowe wysoko nad sobą.

    Sprzątam teraz w domu od niechcenia, świeża pościel, pranie, żeby na zero, koce, odkurzanie, ale bynajmniej nie czuję przymusu i stresu. Robię co mi się chce, czytam w międzyczasie, rozmyślam, co z tortem na za tydzień, bo teraz na pewno nie, zero spiny. Mimo napiętego grafiku, muszę coś z tego urlopu mieć dla siebie.

    Komentuj (5)



    listopad już

    26 października 2017, 19:10

    Jestem już tak zajechana, że ledwo na oczy widzę. W poniedziałek szanowny pan ojciec się zjawia w moich progach - przywieziony ofkors z lotniska - grafik na tydzień mam już tak ściśle zapełniony, że nie do końca widzę czasu na jedzenie i spanie, ale na pewno zdążę wziąć kawałek chleba w łapę podczas jazdy z psem do lasu, bo tego nie odpuszczę. 9 wizyt u 5 lekarzy, bank, notariusz, trzy urzędy, dodatkowo usługowe zakłady typu zdjęcia, dojazdy na ćwierć Polski moim biednym pełnoletnim autkiem, a przedtem wysprzątanie chałupy na błysk nad błyski, i upieczenie tortu, bo efekty moich starań się wyjątkowo panu szanownemu spodobały - będę miała czym wypełnić urlop, bo bez tego zapewne bym się nudziła :D
    Przecież to będzie jazda bez trzymanki, tym bardziej, że ojciec do łatwych charakterów nie należy.

    Może jestem wyrodną córką, ale jak za to wszystko nie da się naciągnąć na nowego lapa dla tej wyrodnej córki, to przysięgam, że to będzie ostatni tort, jaki on ode mnie zobaczy :D

    Samochodem jeździ się już bardzo ciężko - wszystko jest przyspieszone o 2 tygodnie, więc tak jakby już listopad od dawna. Liście lecą z drzew, wichury, błoto, ciemno, zimno, bynajmniej nie złota polska jesień. Psychicznie to męczy. Dlatego tak nie lubię listopada.

    Marzy mi się miesiąc nudy. Żeby się snuć, nie mieć nic do roboty, nudzić się, ziewać, oglądać głupie seriale jeden za drugim, puzzle układać, porządkować stare zdjęcia z kartonów, łazić po sklepach i słuchać christmasowego hałasu. Jest takie powiedzenie - na emeryturze sobie odpoczniesz. Ale jak pomyślę, ile to lat jeszcze, to mi słabo.

    Komentuj (2)



    rozrywki

    15 października 2017, 21:26

    W piątek wieczorem, planując próbny tort na ważną okoliczność ostatnich nastych urodzin mojego dziecka, mając już upieczony biszkopt, pojechałam do marketu po dodatkowe ozdoby. Tyle tylko, że zapomniałam, że już się wykąpałam i zdjęłam soczewki, a i okularów zapomniałam włożyć. Zorientowałam się dopiero w połowie drogi, że coś słabo widzę drogę, ale jechałam boczną drogą, z głęboką wiarą, że jakoś to będzie. No i cóż, jednak źle się skończyło, bo nie wiem, jak to się stało, ale kupiłam pościel flanelową w świątecznym wzorze. Cholera, nigdy więcej bez okularów się z domu nie ruszam.

    Tort wyszedł boski, imponujący, chaos i bogactwo, czekoladowy barok. Słodki do zemdlenia, nie sposób zjeść naraz więcej niż pół kawałka, ale ponoć taki ma być. Odkryłam przy okazji wspaniały sposób na robienie ozdób czekoladowych. Jako, że rękaw cukierniczy to coś, z czym się nie zgadzam, jako zamiennik wymyśliłam strzykawkę. Grubaśna, najgrubsza jaka była w aptece, znakomicie zastępuje szarpanie się z rękawem, którego boję się używać, bo jak nawet nałożę krem do środka, to boję się, że się rozpuści od ciepła moich rąk. A strzykawka elegancko, delikatnie, muszę nabyć zapas.

    Piesek pomału godzi się z sytuacją, ja nadal nie. Ale robię co mogę, żeby nie myśleć, sprzątam rozmaite zakamarki, od dawna nie ruszane, zrobiłam sobie wykaz takich zakątków, szuflada apteczkowa, szafka z torbami, karton schowany w łóżku, i takie tam, i sukcesywnie je obrabiam. Diagnoza, rolnik, ślub, randka, survivor, wyspa, telewizja nie daje się nudzić, chór, rodzice, praca. W firmie doroczna impreza integracyjna, bez motywu wiodącego, ale fantastyczna i bez tego udana, przetańczona, przejedzona, przepita, a przede wszystkim przegadana i prześpiewanana. W tym roku postanowiłam bawić się po całości, bez wracania na noc do domu, wzięłam sobie nocleg tuż obok, i jeszcze miałam przyjemność porannej wizyty nad morzem, pierwszy raz w tym roku zresztą. Bułka, rybka prosto z kutra, końcówka coli zwędzona z imprezy, morza szum, w głowie szum, czułam się wyśmienicie. Kupiłam jeszcze węgorza wędzonego dla mamy, co prawda zrujnował mnie ten kawałek już doszczętnie :D ale mamie się należy, wspiera mnie bardzo, bardzo.

    Grzybów finisz, ale coś się ciepło zrobiło, może jeszcze odbiją :)

    Komentuj (4)



    piki emocji

    08 października 2017, 20:44

    Nie, no, ja nie mogę spokojnie poużalać się nad sobą, pogrążyć w rozpaczy i szlochu, a w końcu popaść w żałosną i ponurą rutynę dnia codziennego. Plany ostatnich lub przedostatnich grzybów na weekend skutecznie, acz bosko radośnie popsuło mi dziecko, które postanowiło odwiedzić rodzinę, oczywiście, niespodzianie. Byłam tak zszokowana i rozemocjonowana, że wstyd powiedzieć, ale poryczałam się w sekundę i jednocześnie zesikałam się w majtki. No cóż, zdarza się w najlepszych rodzinach, nie? Ta dobra była kochana, wcale nie jakbym widziała się z dzieckiem tydzień wcześniej, ale z pół roku. Popłynęłam na kasę, jasne, bo trzeba kupić nową kurtkę, ciepły sweterek, czapkę, obiad w słoiki na wyjazd do akademika etc. Młoda wiedziała co robi, bo zaraz wyznała z ociąganiem, że za tydzień wyjazd na obóz, a za dwa na biwak, zamiast na urodziny do domu, więc od teraz to dopiero za trzy tygodnie przyjedzie. Cóż.

    To będzie ciekawy weekend, bo w poniedziałek przed Wszystkimi Świętymi zaszczyci mnie swoją obecnością mój ojciec. Muszę przymusowo wziąć 2 tygodnie urlopu, żeby go poobwozić po Polsce, urzędach, cmentarzach, rodzinach, lekarzach i stomatologach. Przy czym plany ojca są tak intensywne, że chyba nie zdaje sobie sprawy z realiów polskich, kolejek, rejestracji itd. Zła trochę jestem, bo miałam nadzieję, że jednak wezmę urlop w listopadzie / grudniu po to, aby jednak odpocząć, po raz kolejny się nie uda. No to teraz obiecuję sobie w okolicy Bożego Narodzenia długi urlop...

    Po raz kolejny wychwalam sama siebie przed sobą, że mimo grupowego stukania się w głowę, uparcie jeździłam na grzyby i suszyłam je zaraz. Bo grzyby się tak jakby skończyły. Dziś po pracy musiałam, po prostu musiałam, wziąć sierścia na sznurek, torbę w łapę i pójść do lasu. Ostatnie chyba 5 tacek się suszy. Może za tydzień jeszcze się uda? Do lasu i tak będę jeździć, ten skok adrenaliny u psa, kiedy wyskakuje z auta, czuje woń natury i budzi się w nim instynkt dzikiego zwierza, jest nie do podrobienia.

    Komentuj (3)



    żałość, ech

    30 września 2017, 12:09

    Nic na świecie, żadne rozważania, teoretyzowanie, przewidywania, myśli, plany - nie jest w stanie przygotować na to, co będzie. Świadomość tego, co ma się stać, nijak się ma do samopoczucia w momencie, kiedy to coś się już dzieje.

    Wiedziałam, że będzie źle, bo jakże inaczej miałoby być? Młodą sobie zaplanowałam, zrobiłam, urodziłam, wychowałam, zgodnie z planem, krok po kroku. Chciałam ją mieć od samego początku, a okazała się dla mnie idealna - dokładnie tak jak chciałam. Grzeczne dziecko, uprzejme, niegrymaśne, patrzące ze zdumieniem na wrzeszczące dwulatki w sklepie tarzające się po ziemi. Dziecko otwarte na świat, płaczące tylko w konkretnych powodów, z pogodą ducha i wytrzymałością godną dorosłego znoszące rozmaite dzikie pomysły swojej matki, akceptujące wszystkie wynalazki, plany, przeprowadzki, przemeblowania, dziwnych facetów, stojące za mną murem, lojalne do upadłego, stanowiące wraz ze mną prawdziwą komórkę społeczną, tym ściślejszą, że i mi, i jej, zdarzały się potknięcia, udowadniające nam wzajemnie, że nie jesteśmy idealne, i dlatego tym mocniejsza była więź między nami. Z wiekiem jej pomoc, zarówno czysto fizyczna, codzienna, zakupy, spacer z psem, sprawy domowe, wynieś słoiki do piwnicy, zawieź pranie do babci, wymyśl nowe ustawienie kanapy, zapłać podatek w urzędzie - ale i wsparcie psychiczne - "Mamuś, jesteś wspaniała, dasz radę, kocham cię, pewnie, że czekam, daj, poniosę", śmiechy, wspólne filmy i programy, czytanie w myślach, prezenciki na co dzień - stały się nieocenione, niezbędne, sprawiły, że jej bliskość zastąpiła mi wszystko inne, a każda inna osoba w życiu w zasadzie jest zbędna.


    Nie wiem, czy mi padło coś na łeb? czy znowu jakieś zaćmienie umysłowe? Jak mogłam nie dość, że się zgodzić, to jeszcze zachęcać - tak, córeczko, fajne te studia, ambitne, przyszłościowe, na tyle techniczne, że rzadkie i specjalistyczne, ale jednocześnie związane z Twoimi zainteresowaniami i nie do końca ścisłe, tu nie ma takiego kierunku, a tam, wielki ośrodek naukowy, handlowy, cywilizacja, kultura. Będziesz mogła zrobić karierę, wyjechać za granicę, ale i znaleźć miejsce pracy, gdybyś zechciała u wrócić.

    Jasne, sama pod sobą wykopałam dołek.

    Nic nie mogło mnie przygotować na to straszne, dzikie szarpanie rozrywanego serca, w miarę, jak zbliżała się chwila, kiedy definitywnie zostawiłam ją pod drzwiami akademika. Ze świadomością, że już nic nigdy nie będzie tak jak było. Pewnie, będzie przyjeżdżała czasami na weekendy, święta, ferie zimowe, może na wakacje, jeśli nie będzie miała wtedy praktyk czy pracy, czy wyjazdów ze znajomymi? nową rodziną? Nie wiem. Ale już nie będzie tu mieszkała, nie mam co liczyć na jej pomoc, nie będę miała kogo budzić z rana głaskanie po dłoni, nie będzie miłego malinowego zapachu wszędzie, gdzie to dziecko stanęło, nie będzie wariackich filmików z youtuba i wrzasków "mamaaaaa chodź zobacz, jaka beka!", nie będzie dzielenia się skarpetkami, rajstopami, koszulkami. Kto ją teraz dopilnuje, żeby wkładała koszulkę w majty, albo żeby w ogóle tę koszulkę pod spód włożyła? Kto jej zrobi syrop z cebuli i miodu, a zostawiłam ją przeziębioną? Kto mi zrobi herbatę z cytryną w proporcjach idealnych dobrze poznanych przez lata? Kto wyznaczy trasę w czasie wycieczki będzie pilotował absolutnie bezbłędnie?
    Takich retorycznych zapytań "A kto teraz..?" jest setki, tysiące, i zadanie każdego, w miarę, jak jej nieobecność staje się coraz bardziej dotkliwa, rodzi coraz więcej łez i cierpienia, wynikającego z poczucia beznadziejności i braku szans na powrót tego, co było.

    Nie mogę sobie nic zarzucić - od samego początku cieszyłam się każdym dniem z tym cudnym, kochanym dzieciakiem, chłonęłam każdą chwilę, starałam się nie zmarnować ani chwili, bo wiedziałam, że czas nam danym, jest ograniczony i kiedyś się skończy, ale do chuja, czemu tak szybko!!!! ja się jeszcze nie nabyłam z nią, nie mam jej dość, nie chciałam jej wyjazdu, nie pytałam sama siebie sarkastycznie, kiedy w końcu zejdzie z mojego karku, nie czekałam na jej nieobecność jak na zbawienie. Pamiętam wszystko, jak ją robiłam, ciążę z przejściami, poród z wrzaskiem na cały szpital, objawienie, kiedy małe, ale już niemal czarne oczy zerkały sponad pogryzionych do krwi piersi, pamiętam dumę, kiedy poszła do żłobka bez żadnej dyskusji i marudzenia, otwarta na nowe przyjaźnie, później starszaki, później moja załamka, jak JUŻ JESTEŚ TAKA DUŻA, ŻE IDZIESZ DO PRZEDSZKOLA! I zerówka, szkoła, komunia, piesek, nowy członek rodziny, gimnazjum! tu już zaczęło być groźnie, ale i zabawnie, utracona opcja z emigracją, w międzyczasie choroba wszystkich bliskich wokół nas, liceum, nowe mieszkanie, w końcu nasze, nowe, wspaniałe, moje jeżdżenie, jej jeżdżenie, wszystko pamiętam jakby to było niedawno, kwestia ostatniego roku, a nie niemal 20 ostatnich lat. Nie rozumiem, jak to się mogło stać, ja się nadal czuję młodą dziewczyną, która miała malutkie dziecko.

    A teraz już nie mam malutkiego dziecka - tylko odległą studentkę, która wkroczyła w świat dla mnie obcy, daleki, który chłonie z otwartymi ramionami, nie oglądając się do tyłu, witając swoją przyszłość.

    Niby normalka, nie ona pierwsza i nie ostatnia, ale boli tak strasznie, że oddechu złapać nie mogę. Po chuj było się tak przywiązywać, być tak blisko, tak emocjonalnie związaną, po co było mieć najlepszą na świecie przyjaciółkę, na której mogłam polegać w każdej sekundzie - ale i dla niej być wsparciem i światem.

    I nawet nie mogę życzyć sobie, żeby wróciła - chcę przecież, żeby osiągnęła w życiu sukces, miała świetne wykształcenie, kochaną i kochającą rodzinę, dobrą pracę i wiem, że to niekoniecznie musi być koło mnie. Cóż, dzieciaki wyjeżdżają nie tylko 200 km dalej, ale 500 i 1000 i za ocean, i zostawiają rodziców daleko za sobą. Nie rozumiem, jak ludzie to znoszą, jak kobiety dają sobie z tym radę, bo psychicznie to jest rzeźnia. Pewnie przyzwyczaję się, nie zmniejsza to jednak tego ohydnego ściśnienia w żołądku teraz.

    Wydawało mi się, że jej wyjazd da mi wolną rękę do tego, aby zająć się swoim życiem osobistym, w końcu na spokojnie poznać kogoś normalnego, miałam nawet w komórce całą listę czekających cierpliwie prawie lowerów, których cały czas zwodziłam październikiem - ale teraz tego nie widzę. Nie chcę nikogo, chcę być sama, aż w końcu moje użalanie się nad sobą sięgnie dnia i może wtedy się odbiję i zacznę żyć pełnią samotnego życia. Póki co, idę otworzyć kolejne pudełko z chusteczkami do smarkania.

    I weź jeszcze znoś psi żałosny wzrok, wbity we mnie z wyrzutem "Tym razem matka, zjebałaś sprawę po całości".

    Komentuj (11)




    Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
    Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
    Grafika: Weheartit